Quiet World (1970) – The Road

O zespole Quiet World po raz pierwszy usłyszałem, a właściwie przeczytałem, kilkanaście lat temu. Dave Bowler i Bryan Dray w biograficznej opowieści Genesis – 25 lat teatru rockowego (RockSerwis, 1995) cytowali wypowiedź Steve’a Hacketta o jego przyłączeniu się do grupy: „Ich atrakcyjność polegała, z mojego punktu widzenia, nie tyle na tym, że byli sympatyczni, ale na tym, że mieli podpisany kontrakt nagraniowy. (…) Nagraliśmy album The Road, jednak był to typowy przykład jak nie należy tego robić”.

Quiet World został założony przez trzech braci Heather – Johna, Lea i Neila pochodzących z Republiki Południowej Afryki. Bracia byli przede wszystkim kompozytorami, ale jednocześnie wokalistami (stąd moje naturalne skojarzenie z braćmi Gibb) i raczej niezbyt biegłymi instrumentalistami. Na ich twórczości znaczące piętno odcisnęły rejestrowane przez ojca seanse spirytystyczne, podczas których przemawiały do niego różne głosy, w szczególności ducha muzyki Kitumbi wieszczącego, że pojawi się nowy styl muzyczny w postaci pewnej hybrydy zawierającej dźwięki ulicy. Takie inspiracje w niebagatelny sposób zostały odzwierciedlone na jedynym albumie grupy. Sam projekt był bardzo rozbudowany, bo w sumie przez studio przewinęło się przynajmniej 10 muzyków. W każdym razie tyle osób udokumentowano w oficjalnym składzie podanym na płycie, choć warto zwrócić uwagę, że nie wszyscy uzyskali potem prawo do obecności przy miksach. Wśród zaproszonych, a raczej zatrudnionych, instrumentalistów znaleźli się m.in. 20-letni Steve Hackett wraz z zaledwie 15-letnim bratem Johnem oraz basista Dick Driver, który w wiele lat później często towarzyszył Hackettowi na jego solowych płytach (Metamorpheus, Wild Orchids, Out of The Tunnel’s Mouth, Genesis Revisited II). W tym przypadku spełnił się jednak zupełnie odwrotny scenariusz niż to bywało ówcześnie, bo szukający gitarzysty Heather Brothers odpowiedzieli na jedno z ogłoszeń umieszczonych w piśmie Melody Maker przez Steve’a, choć to on próbował od dłuższego czasu bezskutecznie skompletować własny zespół. Zamykając wątek historyczny, warto jeszcze wspomnieć, że mimo rychłego zakończenia działalności zespołu, który nie zagrał nawet jednego koncertu, południowoafrykańscy bracia nie przepadli całkiem w odmętach zapomnienia. Odnaleźli swoje miejsce jako twórcy popularnych w Wielkiej Brytanii musicali (komedii, thrillerów, a nawet horrorów), wystawianych nie tylko na londyńskim West Endzie, ale w wielu krajach na całym świecie.

Gdyby album ten został wydany przynajmniej 4 lata wcześniej, to może należałoby się mu pewne wyróżnienie. Jednak podobnie stosowane przerywanie cyklu piosenek zarówno krótkimi narracjami, jak i orkiestracjami, nie było już niczym nowym na początku lat 70-tych. Eklektyzm sam w sobie nie był wówczas jeszcze nadmiernie rażący, ale nietrudno było mi zorientować się, że na tej krótkiej muzycznej „drodze” wymieszano zbyt wiele trendów typowych raczej dla drugiej połowy lat 60‑tych, co objawiło się przede wszystkim połączeniem lekkiej psychodelii z odrobiną wpływu The Beatles, prostymi popowymi piosenkami w stylu wczesnego Bee Gees, a nawet elementami typowymi dla pop-rockowych musicali. Właściwie najbardziej odpowiednim odwołaniem byłby tu Jesus Chris Superstar, również ze względu na fakt, iż główny wątek został w przeważającej mierze oparty na ideologii hipisowskiej. The Road jest koncept albumem, traktującym o rozwoju istoty ludzkiej począwszy od stadium embrionalnego do osiągnięcia pełnego człowieczeństwa poprzez miłość, jednak z dodanymi wieloma chrześcijańskimi akcentami. Zresztą tytuły niektórych utworów mówią same za siebie: The Great Birth, First Light, Christ One, Christ Continued, Body To The Mind, Let Everybody Sing, Children Of The World, Love Is Walking. Niestety ze względu na tematykę nie czuję się na siłach oceniać warstwy tekstowej, aczkolwiek wydaje się, że miejscami quasi-teologiczne i jednocześnie newage’owe teksty robią wrażenie dość trywialnych. Na szczęście jednocześnie dość znaczący nacisk został położony na warstwę akustyczną, co zdecydowanie było niezaprzeczalną zasługą braci Hackettów, których wpływ na brzmienie kilku utworów jest dostrzegalny pomimo względnie krótkiej współpracy z zespołem (dołączyli do grupy właściwie niemal tuż przed wejściem do studia nagraniowego). Co więcej, już na tej płycie słychać, ze Steve już od samego początku swojej kariery nie zwracał zbyt istotnej uwagi ani na czystość stylu, ani na zgodność z trendami, wydobywając momentami z instrumentów niezwykle oryginalne i wysublimowane dźwięki.

Pomimo ewidentnego podobieństwa do Days Of The Future Passed The Moody Blues płyty The Road nie można uznać za plagiat, a jeśli już koniecznie dokonać sklasyfikowania, to dla usatysfakcjonowania pasjonatów użyłbym słowa niezbyt udany sequel. Z jednej strony fragmenty albumu są w dużej mierze osadzone w estetyce lat 60-tych, co słychać zwłaszcza w takich utworach, jak Star czy Let Everybody Sing, a z drugiej strony – robią wrażenie skleconych ze zbyt wielu nie do końca pasujących fragmentów, a może po prostu niedostatecznie umiejętnie wymieszano odpowiednie komponenty (Christ Continued albo Body To The Mind). Jednak z pewnością nie powinno się nie doceniać uroku takich utworów jak First Light, Loneliness And Grief z charakterystycznym brzmieniem saksofonu Eddiego Hinesa czy prostej ballady Traveller. Już dawno w praktyce potwierdziła się teza, że bazowanie na sprawdzonych pomysłach leży u podstaw muzyki popularnej, ale pierwsze zetknięcie z debiutancką płytą jakiegokolwiek składu nie powinno oferować nazbyt jednoznacznych skojarzeń z kamieniami milowymi gatunku. Reasumując, płyta oczywiście może mieć pewną wartość dla kolekcjonerów fascynujących się charakterystycznymi produktami tamtych czasów bądź dla zagorzałych wielbicieli Steve’a Hacketta, którego słowa jeszcze raz zacytuję na koniec: „Moim zdaniem jest to bardziej produkt tamtej epoki niż świetna płyta” (Łukasz Hernik, Genesis – w krainie muzycznych olbrzymów, InRock 2007). Osobiście skłaniałbym się do stwierdzenia, że grupa Quiet World trochę się spóźniła z wydaniem swojego jedynego krążka.

Marek J. Śmietański

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *