Tomek i jego zwątpienie

Wskazówki nieubłaganie odmierzają czas… Od odejścia Tomka minęło już ponad siedemnaście lat. To niemal całe pokolenie, a wciąż Jego wpływ na nasze muzyczne wybory jest olbrzymi. Ale czy tylko muzyczne? Bez wątpienia tacy prezenterzy, jak Piotr Kaczkowski czy Wojciech Mann w latach 70., a w latach 80. właśnie Tomasz Beksiński, ukształtowali naszą – nie tylko muzyczną – wrażliwość. Dzięki nim odkryliśmy piękno muzyki wyrafinowanej, wymagającej od słuchacza nie tylko tupania do rytmu, lecz także użycia wyobraźni i intelektu, nierzadko pobudzającej nasze gruczoły łzowe. Oprócz prezentowania doskonałej muzyki Tomek w swych audycjach – ale też w wywiadach i artykułach – często w ostrych słowach piętnował pewne zjawiska kulturowe, jak np. plastikowe i puste produkcje, gonitwę za zyskiem za wszelką cenę czy powierzchowne relacje poszukujące tylko własnego zaspokojenia. I słusznie, bo kultura powinna być w równowadze, powinna także (to utopia oczywiście) być niezależna od rachunków ekonomicznych. Wyższa, wymagająca od „konsumenta” zastanowienia i wzbudzająca wyższe uczucia i pozytywne emocje – powinna być promowana i w razie potrzeby dotowana tym silniej, im więcej jest produkcji tandetnych i obliczonych jedynie na zysk. Dostęp do produkcji ambitniejszych, a więc i ich promocja powinny być adekwatne do ich wartości społecznej. Dzięki nim przecież społeczeństwo rozwija się intelektualnie, wzrasta w nim empatia i wrażliwość na piękno. Jakże brakuje naszemu społeczeństwu dziś tych elementów!

Tomasz Beksiński zdawał sobie z tego sprawę, ale w końcowym okresie życia ogarnęło go zwątpienie, bo jak czytamy w jego pożegnalnym artykule opublikowanym w miesięczniku „Tylko Rock” w styczniu 2000 roku:

Człowiek wychodzi na miasto i co widzi? Plakaty do filmu Carrie 2. To się nazywa artystyczna nekrofilia. Gnuśnych hollywoodzkich kretynów nie stać już na wymyślenie czegoś nowego. Kręcą więc remake’i i rozciągają prastare pomysły niczym kura smarki po to, żeby zbić trochę kasy na sprawdzonym tytule. (…) Tymczasem XX wiek dogorywa nawet nie skamląc. Nie ma już rozrywek ani sensu życia. Skończyło się kino (filmy durne i wtórne, publiczność chamska i nienażarta). (…) Skończyła się telewizja (reklamy różnych elegancko opakowanych gówienek co chwila gwałcą nasze oczy i uszy).

[Neon Mariners Legendary Pink Dots otwerał nocną audycję Tomka “Trójka pod księżycem” – przyp. red.]

Czy miał w tej ostrej krytyce rację? Na pewno dzisiejsza promocja jakiegoś pomysłu musi odbywać się wielotorowo w różnych przestrzeniach. Aby reklama dzieła została dostrzeżona musi być wszechobecna, gdyż dzisiejszy świat oferuje przerażającą ilość doznań w jednostce czasu. Ten nawał informacyjny powoduje, że nasz odbiór jest niezwykle powierzchowny. Tempo naszego życia powoduje, że nie mamy czasu na głębszą konsumpcję kultury czy analizę informacji. Nie musimy się jednak na to godzić. Przecież wystarczy codziennie przez godzinę poczytać książkę, czy odtworzyć w całości jedną z tych trudniejszych, a przepięknych płyt szeroko rozumianego rocka progresywnego i wysilić swój intelekt by zrozumieć przesłanie tkwiące w muzyce. A jeśli już używamy tego znienawidzonego przez Tomasza komputera, to też mamy wybór. Trzewia internetu są pełne sztuki wysokiej, którą jeśli się chce, nietrudno znaleźć. Nie stało się przecież to, co Tomek przewidywał mówiąc: niedługo nowe milenium i krach systemów komputerowych, na który czekam z utęsknieniem, że szlag trafi te parszywe urządzenia. Szlag jednak ich nie trafił. Ba, czy jest ktoś wśród Szanownych Czytelników, kto ich dziś nie używa?

Pod wieloma względami jednak Tomasz miał rację. Wystarczy popatrzeć, jak wielu z nas jest uzależnionych od „tajemniczych ekraników”. Czasem zdarza mi się jechać do pracy komunikacją miejską. Jestem nawet z tego zadowolony, bo jest to dodatkowy czas wolny (nie prowadzę wtedy samochodu), który mogę wykorzystać na czytanie. Wsiadam więc, otwieram książkę i zanim zacznę rozglądam się po wnętrzu pojazdu: parę osób drzemie, kilka patrzy niewidzącym wzrokiem przez szybę, a pozostałe 90% pasażerów przesuwa palcami po dotykowych ekranikach. To samo robią zamiast ze sobą rozmawiać pracownicy mojej firmy podczas przerwy śniadaniowej: to czas, który wykorzystują na sprawdzenie facebook’a. Siedzą w jednym pomieszczeniu, a są tak daleko od siebie…

A sztuka? Tu problem jest jeszcze poważniejszy. Większość z nas może jej poświęcić naprawdę niewielką ilość czasu. Wielu z nas jest zbyt zmęczonych codziennością, by wysilać swój intelekt po godzinach pracy – dodatkowo do teatru, kina czy na koncert trzeba się pofatygować i jeszcze na dodatek kupić bilet. A w TV głupawy sitcom jest za darmo i nie trzeba się ruszać z domu…

Wróćmy jednak do meritum, a więc Muzyki. Dzięki audycjom Tomasza Beksińskiego poznaliśmy dziś już klasyczne płyty z muzyką progresywną i gotycką. I to nie tylko same dźwięki, bo on otwierał przed nami cały świat duchowy z nimi związany. Potrafił tak skomponować audycję, że nawet w znanych kompozycjach odnajdowaliśmy nowy, głębszy sens. Na koniec swego życia postawił jednak smutną diagnozę: skończyła się muzyka (łomoty, zgrzyty, bełkot). I tu nie miał racji: inwencja twórcza, rozmaitość rozwiązań harmonicznych i brzmieniowych w następnych latach pokazały, że pesymizm Tomka był nieuzasadniony. To przecież już w nowym milenium powstały tak ponadczasowe dzieła, jak utwór Again (Archive) czy chociażby odkrywczy album De-Loused In A Comatorium (The Mars Volta). Wspaniale rozwinął się rock progresywny w Szwecji, a cięższe brzmienia stały się wizytówką Norwegii i Finlandii. Niezwykle pięknie grają w Kanadzie, a nawet w Rosji czy na Litwie, żeby przytoczyć tylko tych kilka przykładów. Mamy też parę wspaniałych comebacków: ulubieniec Tomka Peter Hammill znów koncertował i nagrywał całkiem udane płyty solo i z Van Der Graaf Generator – właśnie ukazał się kolejny przepiękny album tego zespołu. Obecnie jesteśmy świadkami kolejnego jakże frapującego składu King Crimson – są pogłoski o tym, że czeka nas reunion w najsłynniejszym składzie grupy Genesis. I choć mamy – szczególnie ostatnio – falę bardzo smutnych odejść wielkich rockmenów (Chris Squire, Paul Kantner, David Bowie, Keith Emerson, Greg Lake czy Lemmy Kilmister), to jednak muzyka „z duszą” ma się całkiem nieźle i na pewno niejednym nas jeszcze w przyszłości zaskoczy.

A na naszym polskim podwórku? U nas nastąpiła prawdziwa eksplozja świetnych zespołów prog-rockowych ze wspaniałym Riverside na czele (po olbrzymim ciosie i śmierci Piotra Grudzińskiego grupa powstaje z traumy i kontynuuje pracę jako trio wzmacniane na koncertach gitarowo przez Maćka Mellera). Odrodziło się w swoim historycznym składzie z Jerzym Piotrowskim SBB, po ponad 30 latach (!) zaczęła ponownie grać rzeszowska formacja RSC. Zapowiada swój powrót kultowy zespół Albion. Mnożą się festiwale rocka progresywnego, rośnie grono odbiorców – jest radość.

Szkoda nieodżałowana, że tego wszystkiego nie przeżywa z nami Tomek Beksiński. A może Jego duch fruwa gdzieś ponad publicznością słuchającą w skupieniu inteligentnej muzyki? 10 lat temu, kwietniowym wieczorem niemal słyszałem szum jego skrzydeł podczas koncertu także i mojego ulubionego, wspomnianego wyżej Van Der Graaf Generator. To wtedy przypomniał mi się moment, gdy Tomka widziałem naprawdę szczęśliwego, na scenie Filharmonii Pomorskiej w październiku 1995 roku, gdy drżącym ze wzruszenia głosem zapowiedział najpiękniejszy koncert, w jakim uczestniczyłem – solowy popis Petera Hammilla.

Niech te chwile nie przepadną w deszczu… Żyjmy i oczekujmy kolejnych – one na pewno przed nami!

Robert Błaszak

PS. Felieton oryginalnie ukazał się drukiem w czasopiśmie ROBB+MAGGazin (11/2016)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

error: Content is protected !!!