Hiperprzestrzenne nominacje 2017 wg współpracowników redakcji

Po Hiperprzestrzennych nominacjach członków redakcji (Marchewy, Geralta i Grendela) przedstawiamy krótkie muzyczne podsumowania minionego roku według niektórych współpracowników serwisu Muzyczna Hiperprzestrzeń. Każde w innej formie, tak jak zróżnicowana jest nasza redakcja…

Monika ‘Monia’ Piotrowska (fotografka)

  1. Ride – Weather Diares
  2. Daniel Cavanagh – Monochrome
  3. Temples – Volcano
  4. Steven Wilson – To The Bone
  5. Parcels – Overnight [singiel]


Izabela Godzisz (publicystka)

Dla jednych rok 2017 był niezwykle obfity w dobre płyty, dla innych wręcz przeciwnie. Mam wrażenie, że dawno nie było takiego „sporu” czy też raczej rozbieżności w kwestii oceny wydawnictw minionego roku. W moim absolutnie subiektywnym odczuciu raczej ci pierwsi mają rację, chociaż mam wrażenie, że z mojego punktu widzenia był to rok nieco słabszy od na przykład go poprzedzającego. Dlaczego? Może dlatego, że żadna płyta z 2017 roku nie rozbiła mnie na atomy, jak to było w przypadku wydawnictwa Gadiego Caplana. Pewnie dlatego też, że to, na co czekałam troszkę zawiodło. Koncertowo rok też nie powalił, a najlepsze koncerty na jakich byłam to te, które sobie sama zorganizowałam 😀 Uwzględniając zatem wyżej wymienione okoliczności wyróżniam trzy zeszłoroczne płyty, traktując je niemal na równi, z tą samą miłością i oddaniem. Każda z nich jest mistrzostwem samym w sobie. Każda inna i o żadnej z nich nie miałam pojęcia jeszcze w zeszłym roku o tej porze. Mało tego, nawet nie miałam pojęcia o istnieniu takich zespołów. I to chyba jest w tym najpiękniejsze! A więc:

  • Soup – Remedies
  • Morosity – Low Tide
  • Red Bowling Ball – Alongside The Traveller

Nie potrzebuję nic więcej, dla tych trzech płyt warto było przeżyć poprzedni rok. Pozycje obowiązkowe i dowód na to, że rock w wielu swoich barwach i i odmianach ma się doskonale.


Andrzej ‘Andrew’ Izydorczyk (fotograf)

Nie ma najlepszych płyt ! Każdy ma inny gust muzyczny, co innego się podoba, brzmienie, rytm, słowa, rodzaj instrumentów, improwizacje itd. To jest tylko subiektywna ocena. Z powodu nieustannego braku czasu mój top 2017 zawiera tylko ranking bez refleksji na temat płyt.

  1. Steven Wilson – To The Bone
  2. Blackfield – V
  3. Deep Purple – InFinite
  4. TUNE – III
  5. Robert Plant – Carry Fire
  6. Death From Above – Outrage! Is Now
  7. Lunatic Soul – Fractured
  8. Me and That Man – Songs Of Love And Death
  9. Depeche Mode – Spirit
  10. Amarok – Hunt


Tomasz Michel (publicysta)

Moja subiektywna „13”

Moje zestawienie zawiera wyłącznie płyty polskich wykonawców. Z racji tego, że zajmuję się w radio tylko polską muzyką, nie czuję się osobą uprawnioną do tworzenia jakiegokolwiek rankingu wydawnictw zagranicznych. Moim zdaniem należy wypowiadać się jedynie na temat, który się dobrze przyswoiło i zgłębiło. Oczywiście, mam swoich faworytów i ulubieńców zagranicznych, lecz skupie się na rodzimych produkcjach, bo na pozostałe często brakuje mi czasu.
Rok 2017 obwitował w ciekawe wydawnictwa, myślę, że był nawet ciekawszy pod tym względem niż 2016. Pojawiło się kilka interesujących debiutów (np. Yesternight, Tension Zero), powrotów po latach ciszy (Amarok, Believe, Lebowski). Kilku artystów zaserwowało nam swoje dokonania w nowych odsłonach niż znane do tej pory (Wojciech Ciuraj, Distant Dream czyli Marcin Majrowski solo).
Moja lista to płyty, które najczęściej lądowały w moim odtwarzaczu. Nie ma kolejności, nie potrafię powiedzieć, który album jest lepszy, a który lubię nieco mniej. Wybrałem 21 wydawnictw z którymi zaznajomiłem się najbliżej, ale wyróżniłem tylko trzynaście i krótko uzasadniłem za co. Co więcej, dziś ranking wygląda tak, a jutro może wyglądać już nieco inaczej, wszystko jest zależne od nastroju i chwili. Dlatego zestawienie jest alfabetyczne.

  • Amarok Hunt – za powrót do projektu w doskonałej formie, wielką wyobraźnię, świetne połączenie elektroniki z tradycyjnymi akustycznymi instrumentami, ambientu z progrockiem, fantastyczny klimat, tajemnicę, którą odkrywamy z każdym przesłuchaniem i za wokal Michała (po raz pierwszy);
  • Believe Seven Widows – za chwytające za serce historie opowiedziane przepięknymi dźwiękami i za to, że mnie nie zawiedli, choć byłem bliski spisania ich na straty, a wręcz przeciwnie – nagrali najlepszy album w swojej dyskografii;
  • Bright Ophidia Fighting The Gravity – za bezkompromisowość, doskonały warsztat i realizację, za to, że mimo dwudziestu lat uprawiania gatunku, który można okreslić jako “nisza niszy” nadal im się chce;
  • Disperse Foreword – przede wszystkim za nieprzeciętny talent Kuby Żyteckiego, wielkie umiejętności i wyobraźnię, perfekcyjny warsztat pozostałych muzyków, skuteczny awans do polskiej czołówki;
  • (i)nother Inhibited – za cudowną subtelność w każdym dźwięku, nieprzeciętny talent kompozycyjny, wszechstronność, samowystarczalność, samotną, aczkolwiek nie beznadziejną walkę z wiatrakami (nasz szołbiz);
  • Hellhaven Anywhere Out Of The World – za oryginalność, odwagę, fantastyczne kompozycje, spójność, nieprzeciętny wokal Sebastiana, umiejętność zgrabnego importu etnicznych elementów do progmetalowego grania (wg mnie ciekawiej niż Lion Shephard);
  • Lebowski Lebowski Plays Lebowski – koncertowy album, na którym znalazły się premierowe numery, udowadniające, że Lebowski to rodzima czołówka, a siedem lat ciszy im nie zaszkodziło, zwiększyło apetyt na studyjną płytę;
  • Lunatic Soul Fractured – każdy wie za co, ale głównie za to, że mimo iż jest to najłatwiej przyswajalny album LS, nie ma w nim krzty banału;
  • Millenium 44 Minutes – za to, że mimo iż znam Millenium od lat, to dopiero ta płyta przekonała mnie w 100% do zespołu Ryszarda, poczułem więź z podmiotem i autorem już po pierwszym odsłuchu;
  • Retrospective Re:Search – za kapitalny mariaż progrocka z dobrym popem i (momentami) progmetalem, dzięki któremu coraz skuteczniej pukają (a może już wyważyli drzwi) do absolutnej czołówki rodzimego progresywnego grania i za to, że nie umiem wytłumaczyć dlaczego, ale z płyty na płytę lubię ich coraz bardziej;
  • Sautrus Anthony Hill – za energię, świetny pierwiastek psychodelii, bardzo dobry koncept, wokal Weno, za to, że stanowią świeżą siłę w polskim stoner rocku, i za to, że dzięki tej płycie stoner kupił mnie ponownie;
  • Wojciech Ciuraj Ballady Bez Romansów – za odwagę, dojrzałe teksty, piękne art/progowe piosenki (!), świetny aranż, dowód na to, że są w kraju bardzo młodzi (i dotyczy to nie tylko Wojciecha, ale i pozostałych muzyków), zdolni i nieszablonowi artyści;
  • Yesternight The False Awakening – za najlepszy progrockowy debiut 2017 roku, spójność, świetne brzmienie i doskonały warsztat kompozycyjny i wykonawczy mimo,  mimo, że nie odkrywają Ameryki, to przesłuchane dziesiątki razy nie znudziło mi się do tej pory.

Pozostała “dziewiątka” to pozycje, które bardzo polecam. Jeśli ktoś ich nie zna, to warto to nadrobić, bo świadczą o tym, że mamy bardzo bogaty, wartościowy i różnorodny rockowy rynek.

  • The Adekaem – Sound Coloring
  • ATME – State Of Necessity
  • Distant Dream – It All Starts From Pieces
  • Gallileous – Stereotrip
  • keep rockin’ – Screaming Out Your Name
  • Krzysztof Lepiarczyk – Jakżeż ja się uspokoję
  • Lion Shepherd – Heat
  • Starsabout – Longing For Home
  • Tension Zero – Human.exe

Robert ‘Robb’ Błaszak (publicysta)

Jak podliczyć, to miniony rok jest rokiem nr 1. Może dlatego tak dużo w nim udanych debiutów? Zacznijmy od pań – Dam Kat, „nasza” reprezentantka na rynku francuskim, po dwóch bardzo udanych propozycjach grupy Children In Paradise, której lideruje, Kathy zdecydowała się na album solowy – niezwykle osobisty i emocjonalny. W wersji cyfrowej album Alawn ukazał się na początku grudnia. Masteringiem płyty zajął się Daniel Cardoso z Anathemy.
Na brytyjskim rynku wiosną pojawił się zespół złożony z ludzi niemłodych, wspaniale nawiązujący do tradycji art-rocka i lekkiej muzyki progresywnej lat najpiękniejszych. Nazwali się Kaprekar’s Constant – stała Kaprekara – liczba o ciekawych właściwościach (poszperajcie w Googlach – nie będzie matematycznego wykładu ;)). Ważne jest, że na tej płycie usłyszycie weterana z VDGG Davida Jacksona, jego śpiewającą córkę Dorie, za perkusją usiadł znany z Level 42 Phil Gould. Założycielami zespołu są gitarzysta Al  Nicholson, basista Nick Jefferson, a skład uzupełniają klawiszowiec Mike Westergaard i wokalista Bill Jefferson. Płyta zawiera 3 rozbudowane suity opowiadające o rzeczywistych wydarzeniach i postaciach przeplecione krótszymi piosenkami. Piękna realizacja – polecam.
Na rodzimym rynku debiutantów bardzo profesjonalnych, którzy nagrali bardzo udane albumy też sporo: mocny prog-rock z Bydgoszczy – Yesternight czy wrocławski zespół ATME z atmosferycznym, zduszonym klimatem, ale jakże sugestywnym – wspaniale obie kapele prezentują się na żywo. Wojtek Ciuraj, na co dzień liderujący grupie Walfad – zdecydował się na solową produkcję pt. Ballady bez romansów. Wyszedł ciekawy efekt połączenia progresywnej i poetyckiej duszy, a Wojtek – jak sam powiedział – do nagrania zaprosił muzyków, którzy nie mają z rockiem nic wspólnego. Ba… nawet go nie słuchają…
W Krakowie powstał zespół Fizbers – ich płytę First Mind wydał niestrudzony łowca młodych zespołów prog-rockowych Ryszard Kramarski. Zresztą i on w tym roku zaliczył debiut – The Ryszard Kramarski Project Music Inspired by Little Prince, to już nie Millenium – choć oczywiście silne piętno milenijne i na tej płycie słychać.

A starzy wyjadacze?
Cóż od górnej półki począwszy – From The Trees… dla mnie zawsze, każda produkcja Petera Hammilla to przeżycie wyjątkowe. Tym razem mistrz „rozprawia” się z ogarniającą go starością. Płyta ukazała się niemal w jego 69 urodziny, a mimo wieku wszystkie partie – jak często ma w zwyczaju – artysta nagrał sam. Piosenki mają nostalgiczny klimat, charakterystyczną dla Petera lirykę i jak zawsze płyta w moim umyśle potrzebuje czasu, by progresywnie urosnąć.
Kolejny z wielkich – wg mnie stosunkowo udany, przemyślany album Rogera Watersa – musi cieszyć uszy. Deep Purple pokazali płytą InFinite, że są jak wino – a dodatkowy szacunek za to, że mimo iż są na topie, to mają w sobie wciąż tyle pokory, by nagrać cover innego zespołu. I cóż, że to cover Doorsów… piękny hołd dla Jima.
Eloy Franka Bornemanna przypomniał o sobie świetną rockową operą – a raczej jej pierwszą częścią – opartą na historii Joanny d’Arc pt. The Vision, the Sword And the Pyre.
Nieco młodsze pokolenie muzyczne reprezentują Szwedzi z Pain Of Salvation – bardzo dobra (może dlatego, że tak pięknie jej dźwiękami zakończyli ubiegłoroczny Ino-Rock Festiwal) jest płyta In The Passing Light Of Day. Końcowa, rozbudowana kompozycja tytułowa to jeden z najpiękniejszych utworów, jakie słyszałem w roku 2017.
Od dawna jestem fanem talentu Stewarta Bella. To lider „genesisopodobnej” formacji neoprogrockowej Citizen Cain. Ostatnio Stewart poszedł w ślady Arjena Lucassena i stworzył autobiograficzna, a raczej opartą na swoich spisywanych latami młodzieńczych snach – dwuczęściową rockową operę The Antechamber Of Being. Pierwsza część ukazała się w roku 2014, druga w roku ubiegłym.
No i człowiek, którego gitara jest czymś absolutnie cudownym – przyjechał do mojego Wrocławia z macierzystym zespołem Airbag, ale do nabycia na stoisku po koncercie była solowa płyta Bjørna Riisa – przepiękna. Cóż z tego, że te dźwięki już kiedyś słyszałem – jednak za każdym razem, jak słucham tej płyty łzawią oczy, a z plecami dzieją się dziwne rzeczy…
Na koniec roku otrzymaliśmy też nową propozycję muzyczną z Charkowa. Antony Kaługin i jego Karfagen wypuścili znów ambitny, bogaty instrumentalnie dziewiąty już album pt. Message From Afar: First Contact. Jak zwykle w przepięknej oprawie graficznej – muzyka łącząca najlepsze wzorce gigantów lat 70. Ukraińcy są już rozpoznawalni w Europie, grają na wielkich festiwalach. Może się uda w Polsce? [Antony z muzykami Karfagena grał już w Polsce w 2016 roku pod szyldem Antony Kaługin Project. W ubiegłym roku publikowaliśmy archiwalną fotorelację z tego koncertu – przyp.red.]

Na koniec wróćmy na nasze podwórko – warto wspomnieć o kilku produkcjach artystów uznanych. 44 Minutes to ostatnia płyta krakowskiego Millenium z Łukaszem Gallem Gałęziowskim –-Millenium ma już nowego wokalistę – ciekaw jestem, jak będzie ten zespół brzmiał po zmianie frontmena.
Piotrek Trypus z Białegostoku zrealizował kolejną płytę projektu Starsabout – pięknie wycyzelowane dźwięki, dopracowane, piękne kompozycje. Miód na serce.
Po dwóch latach od debiutu płytą Sound Coloring powróciła śląska grupa The Adekaem – i to jest o niebo lepsza propozycja od przeciętnego debiutu. Rock progresywny wysokiej próby.
Na samym początku roku wyszła petarda leszczyńskiego Retrospective – płyta Re:Search wydana w Niemczech. Power, który szczególnie słychać na koncertach niepodzielnie rządzi na tym wydawnictwie. Niewątpliwie najlepsza z trzech dotychczasowych propozycji grupy.
No i dla mnie polska płyta roku. HellHaven Anywhere Out In The World – fenomenalny album, to nie jest progmetal – to przemyślana koncepcyjnie, bogata w środki wyrazu (dołożone scratche, skrzypce, trąbka) muzyka. Do tego wokalista płynnie przechodzący z delikatności w drapieżność – uwielbiam takie zmiany nastroju – pokazują emocje. A treść płyty oscyluje wokół tematu zepsucia polityką, gonitwą za pieniądzem i skrzywieniem religijnym fanatyzmem. Tytuł Gdziekolwiek byleby poza światem to tytuł wiersza Charlesa Baudelaire’a, w którym autor prowadzi rozmowę z własną duszą. Na kolejne propozycje miejsc ucieczki przed złem odpowiada ona milczeniem, aż w końcu nie wytrzymuje i wybucha: „Nieważne gdzie, nieważne dokąd! Byle poza ten świat!”…
I jeszcze jedna radość roku 2017. Trzech wielkich rodzimej sceny el-muzyki: Przemek Rudź, Robert Kanaan i Krzysztof Duda – nagrali muzyczny hołd Trójmiastu. Płyta 3C zawiera utwory poświęcone każdemu z miast: Robert zagrał o Sopocie, Krzysztof – o Gdyni, a Przemek – o swoim ukochanym Gdańsku. Całość wieńczy wspaniała kompozycja całej trójki artystów Trójmiasto. Piękna edycji dodaje okładka w barwach czarno-biało-czerwonych.
Bogaty to rok – jak każdy naznaczony debiutami, powrotami i… odejściami. Powiększa się największa orkiestra świata, ale i tu na Ziemi pojawiają się nowi artyści. Ktoś powie, ze oni już nie tacy, jak ci wielcy odchodzący. Ale skąd to wie? Poczekajmy, dajmy szansę artystom wchodzącym w ten świat. Pójdźmy na koncert, kupmy płytę. Pomożemy im rozwijać ich talent – a będziemy się cieszyć ich sztuką.

One thought on “Hiperprzestrzenne nominacje 2017 wg współpracowników redakcji”

  1. Jakże ja się cieszę z tego zestawienia! Okazuje się,że i tu są moje ulubione płyty, które chętnie były odsłuchiwane przeze mnie w minionym roku. Ale bezapelacyjnie prym wiedzie Zupa, Daniel Cavanagh, Amarok, Distant Dream i może na tym zakończę,bo nocy mi zabraknie! Jednak najbardziej mnie cieszy to, że nasza rodzima muzyka, którą mi przybliżacie i prezentujecie, wcale tak mocno nie odbiega od muzyki twórców zagranicznych i to z różnych stron świata… Mamy się czym chwalić i co wspierać 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *