Strzec pamięci – rozmowa z Beatriz Blanco

Beatriz Blanco przyjechała do Polski z rodzinnej Wenezueli 35 lat temu i od tej pory występuje na scenach polskich oper i teatrów muzycznych. Nigdy jednak nie zapomniała o swoich korzeniach. Niedawno przybliżyła je Polakom na płycie Tan lejos! Tak daleko!. Pani Blanco odpowiedziała naszemu serwisowi na kilka pytań o muzykę Wenezueli i jej odbiór przez naszych rodaków.

Muzyczna Hiperprzestrzeń: Była Pani chyba skazana na artystyczny zawód, mając za ojca słynnego recytatora poezji.

Beatriz Blanco: Był znanym dziennikarzem i deklamatorem. Był wszędzie lubiany, przez wszystkich. I właśnie na przykładzie ojca widzę co złego stało się z moim krajem. Pamiętam Wenezuelę jako kraj ludzi otwartych, chcących ze sobą rozmawiać. Mój tata nigdzie nie należał, do żadnego politycznego ugrupowania. Podkreślał, ze ma przyjaciół wszędzie. Mimo określonych, lewicowych sympatii wszędzie był mile widziany, także w sferach rządowych. Tata rzeczywiście był chodzącą antologią poezji iberoamerykańskiej, często zapraszano go do szkół, do ateneos – naszych domów kultury, także na głębokiej prowincji. Pamiętam ten ferwor, ożywienie z którym ludzie prosili o ten czy inny wiersz. Naprawdę przeżywali poezję, byli z nią związani!

Niewiele brakowało by Polska była dla Pani tylko przystankiem przed karierą w Anglii.

To prawda, na początku moje plany nie były związane z Polską, a Wielka Brytanią. Chciałam wstąpić do Guildhall School Of Music, przez cały 1982. rok szykowałam się do egzaminu. Jeszcze w Wenezueli ćwiczyłam pod okiem tamtejszej wykładowczyni, profesor Lo Si Tuan (nazywaliśmy ją Sweet’n Low, jak popularny słodzik do herbaty), uczennicy Very Rochy. W nowo powstałym Taller de Opera de Caracas funkcjonowały wówczas warsztaty dla osób bez profesjonalnego przygotowania, chcących rozpocząć karierę sceniczną. Trafiłam tam, dostałam nawet stypendium. Oczywiście pracowało tam więcej nauczycieli, znanych nazwisk w świecie operowej wokalistyki. Między innymi Helena Łazarska, która przyjechała do nas z Krakowa. Traf chciał, że Lo Si Tuan straciła mamę, musiała wrócić na jakiś czas do domu w Chinach. W tym czasie pracowałam również z profesor Łazarską. Moja dotychczasowa nauczycielka na odjezdnym powiedziała mi, żebym nie zepsuła efektów naszej wspólnej pracy. A kiedy wróciła jakieś dwa miesiące później – moje rozmowy z panią Łazarską co do rozpoczęcia nauki w Krakowie były już bardzo zaawansowane. Profesor Lo Si Tuan oczywiście nie była tym zachwycona, ale uspokoiłam ją, że traktuję Kraków tylko jako kolejny etap przygotowań i w następnym roku na pewno spotkamy się w Londynie. Ten pierwszy rok w Polsce był dość luźny, raczej był to staż. Oczywiście intensywna nauka języka, po cztery godziny dziennie. Poza tym podstawy teorii muzyki, nauka całej fachowej terminologii, fortepian i, rzecz jasna, śpiew. W lutym 1983. roku, tuż przed oczekiwanym wyjazdem do Londynu, w Wenezueli nastąpił potężny krach ekonomiczny, co przekreśliło plany wyjazdu do Wielkiej Brytanii. Nie byłabym w stanie utrzymać się tam z pieniędzy przesyłanych przez rodziców. Dlatego cieszę się, ze wyczułam moment który w ogóle pozwolił mi wyfrunąć z rodzinnego kraju.

Jak odnalazła się Pani w Polsce, w której kryzys również wtedy szalał?

Cała moja rodzina miała lewicowe poglądy. Podziwialiśmy rewolucję kubańską, wierzyliśmy że każdy powinien mieć po równo. To była równość wypływająca z założeń Rewolucji Francuskiej. Dlatego rady profesor Łazarskiej żeby jeszcze w Wenezueli zaopatrzyć się w podstawowe artykuły, które w Polsce mogą być nie do zdobycia, np. zimowe buty czy ciepłe rajstopy – przyjęłam ze zdziwieniem! Pierwszym szokiem po przyjeździe była dla mnie ciemność, w której tonął Kraków, niedoświetlony mimo początku jesieni. Do tego na ulicy zdarzali się żebracy! Jakoś mi się to nie układało z tym ideałem socjalistycznego szczęścia… Zaczęłam uważniej przyglądać się rzeczywistości. Poznałam krytyczne wobec komuny poglądy mojej nauczycielki, sama trochę zaobserwowałam. To mocno skorygowało moją idylliczną wizję socjalizmu. Było to dla mnie szokujące, ale również bardzo potrzebne. Ludzie natomiast byli wspaniali! Nie tylko koledzy z uczelni, wszyscy dookoła. Byli mną szczerze zainteresowani, pytali dlaczego znalazłam się w Polsce. Kiedy przyjechałam do Polski byłam już dorosłą kobietą, miałam 24 lata. Nigdy bym nie pomyślała, że zbuduję tu, w nowym miejscu, tyle nowych przyjaźni, tyle ciepłych relacji! Profesor Łazarska kiedy byłam na czwartym roku wyjechała do Austrii, dostała posadę w Salzburgu. Chciała mnie wziąć ze sobą, ale to było niewykonalne, wykończyłabym się finansowo. Ucząc się w Polsce mogłam liczyć na jakieś finansowe wsparcie – stypendium ze strony rządu Wenezueli. Było ono jednak restrykcyjnie obwarowane, żeby nadal je otrzymywać musiałam drobiazgowo rozliczać się z postępów. Posłuchałam innej rady pani profesor – jeśli miałam czegoś dokonać zawodowo musiałam znaleźć się w Warszawie. Przeniosłam się tam na piątym roku, obroniłam dyplom, po studiach założyłam rodzinę. W 1990. roku dostałam się do zespołu Warszawskiej Opery Kameralnej.

Odnoszę wrażenie, że dla Pani narodu poezja, pieśni, są czymś nieporównanie ważniejszym niż dziś dla Polaków.

Nie wierzę w ten stereotyp, że Polak, żeby się bawić, musi najpierw wypić. Obserwuję u narodu polskiego dużą wrażliwość. Inna sprawa, że wśród moich znajomych jest wielu wokalistów, ludzi sztuki. Właśnie dlatego między innymi na swojej pierwszej płycie umieściłam śpiew Indian Warao. Profesor Łazarska go uwielbiała. Pamiętam takie ognisko u jej ucznia w górach, w Kasince Małej. Na prośbę pani profesor zaśpiewałam tę wiekową pieśń, wszyscy się zasłuchali, głos niósł się w przestrzeń. Polacy są otwarci na twórczość innych nacji. Oczywiście zdaję sobie sprawę, ze muzyka hiszpańskojęzyczna jest na całym świecie dość popularna, ale ludzi tu interesowały także te śpiewy w językach plemiennych, autochtonów. Natomiast w Wenezueli muzykuje praktycznie każdy. Kiedy powiedziałam znajomym, że jadę studiować do Polski, zapytali czy będę się uczyć gry na fortepianie. Kiedy powiedziałam, że śpiew, bardzo się zdziwili – to teraz nie umiesz śpiewać? (śmiech) Sezon operowy w Wenezueli trwał raptem dwa miesiące, ale zapraszano wspaniałych solistów. Wszyscy ci wielcy potem śpiewacy, od Pavarottiego w dół, przyjeżdżali do Caracas żeby zmierzyć się z jakimiś nowymi partiami. Płacono im świetnie, a na widowni siedzieli sami pasjonaci. Może w trakcie sezonu mieliśmy do wyboru tylko cztery-pięć programów, ale zawsze na najwyższym poziomie! Na parterze naszej kamienicy był zakład szewski, pracował tam chłopak obdarzony wspaniałym głosem. Nazywali go Principe – książę. Nawet nie wiem czy było to imię, czy tylko przezwisko. Pamiętam jak śpiewał przy pracy, występował też w chórze, jako pozbawiony wiedzy muzycznej amator. W każdym domu w Wenezueli był fortepian albo gitara cuatro. Ja uczyłam się grać na pianinie u ojca chrzestnego mojej siostry. Wszystkie jego córki fantastycznie improwizowały na tym instrumencie. Przyjęcia nie mogły się obyć bez gitary.

Jak kształtował się po obronie dyplomu pani repertuar?

Przez kilka lat po dyplomie miałam niedosyt, czułam że mój głos jeszcze nie osiągnął pełni swoich możliwości. Wykorzystywałam głównie rejestr altowy. Przez pierwsze trzy-cztery sezony w Warszawskiej Operze Kameralnej spychano mnie do tyłu, śpiewałam głównie w chórach. Kiedyś próbowaliśmy Monteverdiego – którego uwielbiam za swobodę rytmiczną, rytm to coś bardzo ważnego w muzyce mojego kraju. Próbowaliśmy madrygał, wychodziło nam średnio. Poprosiliśmy o pomoc profesora Boka, który kiedyś prowadził zespół madrygalistów. Aż się zdziwił, kiedy mnie usłyszał, zawołał dyrektora, profesora Sutkowskiego i powiedział mu, że śpiewam jak tenor altowy – tak nisko brzmiał mój głos! Niestety, po tym ”rewelacyjnym” odkryciu usunięto mnie z tej partii chóru, moją rolę przejął jakiś kontratenor. Dalej śpiewałam ogony aż w końcu zapytałam: co ja tu robię? Postanowiłam jeździć na przesłuchania. Pojechałam do Bytomia. Zaśpiewałam Carmen, również jakieś partie, które miałam opanowane jeszcze na studiach. Bardzo się spodobałam, zatrudniono mnie właśnie jako Carmen. Solowo debiutowałam w roli, którą naprawdę kocham. Poza tym w Cosi fan tutte Mozarta grałam Dorabellę. śpiewałam tez rolę Anity w musicalu West Side Story, pod batutą mojego kolegi ze studiów, Piotra Deptucha. To było na początku XXI wieku, wielki sukces! Miałam natomiast problem z repertuarem polskim. Zdaję sobie sprawę, że choć i tak wiele zrobiłam, moja dykcja nie jest nienaganna, dlatego kiedy już przychodziło do śpiewania w języku polskim, wybierałam postacie, które mają jakieś usprawiedliwienie dla kaleczenia języka. Carmen to Cyganka, Anita jest Portorykanką, Cosi fan tutte również ma nutkę egzotyki – tylko recytatywy były po polsku, arie pozostawały w języku włoskim. Najmilej wspominam inscenizację Carmen w Lublinie. W żadnej adaptacji, jaką widziałam, nie było sceny spotkania Michaeli i Carmen – tam była, i to fantastycznie zrobiona! Reżyser, Waldemar Zawodziński, dawał grającym dużą swobodę, mogli się wyżyć. Naprawdę przygotowywałam się wtedy do roli – ćwiczyłam flamenco, grałam na kastanietach, byłam naprawdę wiarygodną Carmen. I wszystkie te umiejętności wykorzystano na scenie.

Kiedy zaczęła Pani wykonywać na scenie pieśni swojego rodzinnego kraju?

Od razu, w zasadzie zaraz po przyjeździe. Jeszcze w Krakowie współpracowałam z jazzowym zespołem In Tune, śpiewałam i grałam na cuatro. Występował też z nimi Jacek Wójcicki. Nagraliśmy płytę z kolędami. Jedna z nich była w aranżacji mojej przyjaciółki, wenezuelskiej kompozytorki Modesty Bor. Miałam w niej solową partię. Zespół wystąpił z tym programem z playbacku w telewizji, ja niestety nie mogłam wtedy dotrzeć na miejsce. Wójcicki ruszał ustami udając, że śpiewa moją partię. Z kolei kiedyś trafiłam na recital Grzegorza Turnaua, w pewnym momencie zachęcił ludzi do śpiewania. Włączyłam się. Turnau wsłuchał się w głosy z widowni, stwierdził, że ktoś tu ładnie śpiewa. Po koncercie poszłam do jego garderoby, przedstawiłam się. Turnau bardzo się zdziwił, był przekonany że na widowni siedzi Jacek Wójcicki! (śmiech) Od razu uchwycono ten mój południowoamerykański repertuar, często podczas występów estradowych miałam swoje okienko. Koledzy z orkiestry odpoczywali, a na scenie zostawałam tylko ja z gitarą. Od pewnego momentu, kiedy dyrygenci zapraszali mnie do filharmonii, stawiali warunek: mam wziąć cuatro i zaśpiewać kilka wenezuelskich pieśni. Kiedyś poproszono mnie o zaśpiewanie arii Alma Llanera z operetki wenezuelskiego kompozytora Pedro Elías Gutierreza. To u nas bardzo popularny utwór, grany na koniec przyjęć. I zaśpiewałam – w aranżacji na cuatro i orkiestrę!

Piętnaście lat temu założyła Pani zespół Solo Tres i te „okienka” rozrosły się do pełnych recitali.

Moi koledzy z zespołu, Leszek Potasiński i Marek Walawender to wspaniali gitarzyści. Byliśmy kiedyś zaproszeni do ambasady wenezuelskiej. Po występie pani ambasador była zdziwiona skąd wytrzasnęłam Polaków grających zupełnie jak nasi! Formuła zespołowa pozwoliła mi nie ograniczać się wyłącznie do pieśni wenezuelskich, w trzyosobowym składzie mogłam też sięgnąć po muzykę kompozytorów hiszpańskich, po repertuar popularny, także po utwory brazylijskie, ale z tym bywał kłopot. Kiedyś z brazylijskim pianistą wykonywałam pieśni jego kraju po portugalsku. Po koncercie, ktoś z publiczności i też z Brazylii, gratulował: ”Pięknie śpiewałaś, ale dlaczego po hiszpańsku?”. A myślałam, że pozbyłam się akcentu! (śmiech) Zrehabilitowałam się potem występując z inną brazylijską pianistką, Rosaną Diniz, w Kawiarni Literackiej na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, również z jej macierzystym repertuarem. Przed koncertem solidnie mnie podszkoliła w kwestii wymowy. A po występie podeszła do nas dopiero co przybyła do Polski Brazylijka i spytała skąd mam akcent carioca – czyli charakterystyczny dla mieszkańców Rio De Janeiro. To był dla mnie wielki komplement!

Jak doszło do nagrania Pani świeżej jeszcze płyty – Tan Lejos! Tak daleko!?

Tan lejos!… to trochę miszmasz. Z początku miałam pomysł na zupełnie inną płytę. Chciałam zatytułować ją Corazon mallito, od utworu uwielbianej przeze mnie Violety Parry. Ostatecznie tej pieśni nie zarejestrowałam, mam nadzieję że jeszcze to nadrobię. To miały być wyłącznie piosenki o miłości. Sam projekt płyty wyszedł od Macieja Chmiela (znany dziennikarz kulturalny, dawniej dyrektor TVP2 – przyp. Trybik). Maciej poznał mnie z Wojckiem Czernem z OBUH Records twierdząc, ze jeżeli ktoś miałby mnie nagrać i wydać – to właśnie on. Osiem lat temu zarejestrowaliśmy kilka piosenek i zawiesiliśmy sprawę. Ja miałam swoje perypetie, Wojcek swoje. W marcu ubiegłego roku skontaktowaliśmy się i zdziwiliśmy, że już tyle lat minęło, a my nie dokończyliśmy płyty. Gremialnie wysłuchaliśmy tego, co zostało dotychczas nagrane: Maciej, Wojcek i ja. Niektóre piosenki postanowiłam zostawić, ale do innych miałam już zupełnie inny stosunek. W międzyczasie zresztą zaczęłam tworzyć własne piosenki – niektóre do dziś domagają się dokończenia. (śmiech) Najbardziej na nagranie moich własnych kompozycji nastawał Wojcek – właśnie dlatego, że były moje! Ja upierałam się przy piosenkach Violety Parry, zwłaszcza że w zeszłym roku przypadały okrągłe rocznice jej narodzin i śmierci. Repertuar uzupełniłam piosenkami, za których graniem po prostu tęskniłam i które by wyrażały moją tęsknotę za Wenezuelą. Stad właśnie to Canto Warao, związane z moim dzieciństwem. Pierwszy raz zetknęłam się z nim jako szesnastolatka, śpiewając ten utwór w aranżacji Silvii Eisenstein, argentyńskiej kompozytorki, która przez lata pracowała w Wenezueli. Potem słyszałam go w świetnym wykonaniu artystki żydowskiego pochodzenia, Cipe Linkovsky. Wreszcie ten ciepły odbiór w Polsce, zrozumienie górali z Kasinki Małej dla Indian z Wenezuelskiej dżungli. Simon Diaz i Otilio Galindez, po których utwory również sięgnęłam, to także bliscy mi twórcy i – według mnie – wielkie postacie muzyki popularnej.

Chyba specjalnie umieściła Pani Gracias a la vida Violety Parry na końcu płyty.

Owszem, ale to część klamry. Podziękowanie za życie na końcu, ale i na początku, bo ten indiański śpiew to również podziękowanie za dary bogom czy też naturze i przyjęcie ich z wielką pokorą. Tak przynajmniej streszczają ten tekst antropolodzy Dosłowne tłumaczenie nie istnieje, bo nie są to słowa należące do mówionego języka Warao, to zaśpiewy szamańskie.

Jest Pani wielką miłośniczką origami. Skąd pomysł na wykorzystanie go do zaprojektowania okładki płyty?

Kiedyś znalazłam w sieci podobny pomysł, zdaje się że pochodził od dziewczyny z Argentyny, ale potem nie mogłam go ponownie odnaleźć. O ile jednak ta dziewczyna wszędzie eksponowała swoje zdjęcie, o tyle ja postanowiłam pokazać wspomnienia z przeszłości. Stąd zdjęcie zatoczki Juangriego na wyspie Margaricie, stąd też moja stylizacja na zdjęciu na stronie tytułowym. Starałam się na nim ucharakteryzować na Indiankę Warao, noszę naszyjniki podobne do tych noszonych przez ich kobiety. To najstarszy lud w Wenezueli. Mieszkali na swoim terytorium już jakieś 8-9 tysięcy lat przed Chrystusem. Obecnie ich sytuacja staje się dramatyczna. Liczą w tej chwili około pięćdziesięciu tysięcy osób, szaleje wśród nich epidemia AIDS – chore jest dziesięć procent populacji. Okładka miała symbolizować pamięć, pokazać, że jeszcze są. Zwłaszcza, że mój dziadek pochodził z zamieszkiwanego przez nich regionu i wyglądał jak Indianin w garniturze. Płyta miała być też głosem chwili, krzykiem rozpaczy za ginącą, pogrążającą się w kryzysie Wenezuelą! Jeszcze jesteśmy, jeszcze trwamy – to są nasze wartości, strzeżmy ich! Bardzo wiele nauczyłam się od Polaków. Oni potrafią strzec swojej pamięci. Niektórzy mogą to postrzegać wręcz jako obsesję, ale to właśnie ta pamięć pozwoliła polskiemu narodowi przetrwać rozbiory, to dzięki niej ja teraz mówię po polsku, a nie np. po rosyjsku. Cenię ten wysiłek, trud ocalania tego, co najcenniejsze. Mam nadzieję, że tak samo będzie z moją Wenezuelą. Tą, którą kocham, za którą tęsknię. Wiem, że sama jej nie przywrócę, sama nie podołam, ale ta płyta choć trochę ukoi ból, pozwoli przetrwać oczekiwanie na moment kiedy będziemy mogli zakasać rękawy iż robić w naszym kraju porządek.

Czego Pani i Pani ojczyźnie serdecznie życzę, w imieniu własnym i polskiej publiczności. Dziękuję za rozmowę!

Wywiad przeprowadził: Paweł Tryba

[PS. Recenzję płyty można przeczytać tutaj. – przyp.red.]

 

 

One thought on “Strzec pamięci – rozmowa z Beatriz Blanco”

  1. Beatriz Blanco, nareszcie Twoja historia ułożyła mi się w całość. Jesteś Pięknym Człowiekiem 🙂 Nika Jaworowska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.