Angra + Operation: Mindcrime – Progresja, Warszawa, 11.04.2018

Nie bójmy się tego powiedzieć wprost – metal progresywny jako gatunek zdycha – zarówno ze względu na dopływ świeżej krwi, jak i pod kątem ilości odbiorców. Pojawia się co prawda multum nowych kapel, ale ta ilość nijak nie przechodzi w jakość. Ci o wyrobionej już marce starają się raczej powielać sprawdzoną formułę, inni próbują odświeżać ramy gatunku, inkorporując nowe, lub dawno niewykorzystywane elementy, ale duch stagnacji i przekwitu unosi się nad tą szufladką stylistyczną, rzucając pokaźny cień. Na szczęście, cytując Szatana genialnie zagranego przez Petera Stormare w Constantine, w czasach wielkiego ucisku ujawniają się najwartościowsze jednostki i ludzkość potrafi się dokopać do pokładów cnót niedostępnych w okresach prosperity.

Tym przydługim wstępem pragnę się oczywiście odnieść do bolączki tak świetnych wydarzeń, jak relacjonowane w niniejszym tekście, a więc frekwencji. Smutne to dla organizatorów, którymi są ludzie oddani tej muzyce bez reszty, traktujący każdy przygotowywany koncert jak święto i z pietyzmem szlifujący najdrobniejszy szczegół logistyczny. Smutniejsze dla samych zespołów, wychodzących do 100-150 osób pod sceną – myślę, że w środowy wieczór w szczytowym momencie, a podczas jubileuszowego wykonania kultowego Operation Mindcrime, na sali nie odliczyło się więcej niż 200 fanów ambitniejszego metalu. No właśnie, publika może mało liczna, ale za to śliczna [bez przesady, nie nazwałbym ślicznymi wszystkich fanów metalu – przyp. red.]. Ani jednej przypadkowej osoby, pełne zaangażowanie przez wszystkie cztery występy, doskonałe sprzężenie emocjonalne z muzykami i … pewna doza bezcennej oryginalności i przekroju geograficznego. Ekipa z Olsztyna pięknie wyróżniająca się strojem, silne reprezentacje Wielkopolski, Łódzkiego, same znajome twarze i last but certainly not least – kilkuosobowa grupa Brazylijczyków, których niewątpliwie przyciągnął występ ich krajan, ale która świetnie bawiła się przez calutki wieczór, infekując otoczenie swoim cudownie naturalnym entuzjazmem. Daje się na takich imprezach wyczuć pewnego ducha braterstwa, tak na scenie, jak i pod nią. Wszyscy wykonawcy doceniali towarzyszy niedoli, dziękując za wspólną trasę pozostałym i prosząc o brawa dla nich, głośniejsze niż dla siebie. Niechlubnym wyjątkiem okazał się tu Geoff Tate, potwierdzając niniejszym, być może niezamierzenie, plotki o swoich gwiazdorskich zapędach.

Podróż prog metalowej karawany z Budapesztu nieco się wydłużyła, w związku z czym do sygnalizowanego już wcześniej przez promotora opóźnienia, należało doliczyć jeszcze kilkanaście minut. Niemal równo z zakończeniem własnego soundchecku jako pierwsi na deskach Progresji zameldowali się Włosi z Ravenscry. Anonsowani jako reprezentanci alternative/gothic metalu, dali bardzo satysfakcjonujący, półgodzinny występ, jednak raczej w klimatach symfonicznego metalu progresywnego, fajnie bujającego i pozbawionego epickiej pompatyczności. Show kolegom niewątpliwie skradła frontwomanka Giulia Stefani, mnie dziwnie kojarząca się z… Sandrą Nasic z Guano Apes, choć wokalnie absolutnie bliżej jej było do Simone Simmons. [więcej zdjęć można obejrzeć tu – przyp. red.]

Jako drudzy scenę objęli we władanie Amerykanie z Halcyon Way. Pięcioosobowy skład z Atlanty, to już “weterani Progresji”, albowiem w środę gościli w tym legendarnym warszawskim klubie czwarty raz, nazywając go zresztą przymilnie swoim drugim domem. Ich twórczość rzeczywiście trudno zaklasyfikować. Z jednej strony zwrotki oparte na ultraagresywnych rozwiązaniach riffowych i rytmicznych, lokowały ich gdzieś w okolicach Meshuggah i amerykańskiej szkoły death metalu. Z drugiej – serwowali niesamowicie melodyjne refreny, w do bólu amerykańskiej stylistyce AOR i heavy metalu lat 80., zaś części instrumentalne mogły się kojarzyć z Teatrem Marzeń [Dream Theater dla niewtajemniczonych bądź nie znających angielskiego – przyp. red.]. Wizerunkowo niebezpiecznie przypominali Sabaton. Mimo pozornie chaotycznego eklektyzmu był to bardzo dobry występ. [więcej zdjęć można obejrzeć tu – przyp.red.]

Przyszedł czas na danie główne. Tak wiem, to brazylijska Angra, goszcząca pierwszy raz w Polsce, była headlinerem tego wydarzenia, … ale tylko teoretycznie. Najwięcej osób, jak już wspomniałem, przyszło zobaczyć oryginalnego wokalistę Queensrÿche, Geoffa Tate’a wykonującego w 30. rocznicę wydania – kamień milowy gatunku – album Operation Mindcrime, niemalże w całości. By zamknąć występ w godzinie, setlista nie obejmowała dwóch “kruciaków”: Electric Requiem i My Empty Room, ale poleciała też niestety najdłuższa na płycie kompozycja – Suite Sister Mary. Szczerze przyznaję, że dotychczas nigdy nie rozumiałem fenomenu tego concept albumu. Jak to określił redaktor naczelny, powstał on jednocześnie za wcześnie i za późno [naczelny lubi takie paradoksy – przyp. red.]. Znałem oczywiście ten materiał bardzo dobrze, ale nie spodziewałem się fajerwerków. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu w koncertowym entourage’u Operacja wreszcie chwyciła mnie za serducho. Myślę, że olbrzymią zasługę w tym miało mięsiste, intensywne brzmienie – w kilku fragmentach trzech gitarzystów – biegunowo odległe od archaicznej, pozbawionej ostrości produkcji studyjnej, no i TEN GŁOS! Geoff Tate może się pochwalić czterema oktawami i pomimo niemal 60 lat na karku, nadal potrafi wykorzystywać ich zakres w pełni. Wrażenia dopełniał staranny wizerunek sceniczny frontmana. Elegancka kamizelka, szelmowski kapelusz, staromodne okulary, do tego oszczędny kontakt z publicznością i lekko łobuzerska aura tworzyły świetną kombinację. Warto nadmienić, że w rolę Siostry Mary wcieliła się córka wokalisty, zaś za trzecią gitarę i klawisze odpowiadał “pożyczony” z Angry, przesympatyczny Bruno Sa. [więcej zdjęć można obejrzeć tu – przyp.red.]

Późna pora sprawiła, że na swój dziewiczy występ w naszym kraju Angra wychodziła do mocno już przerzedzonej publiczności. Setlista została również skrócona o Vangelisowe intro i Newborn Me. Niemniej jednak występ pięciu muzyków z kraju kawy i jednego z ojczyzny pizzy, zakończył się bezapelacyjnym sukcesem. Z początku zmęczenie długością tego wieczoru nieznacznie obniżało mi odbiór. Dwa pierwsze numery były też nacechowane delikatnym szukaniem przez akustyka optymalnego ustawienia dźwięku. Ale gdy te drobne przeszkody ustąpiły, mogłem się w pełni cieszyć sztuką brazylijskiego zespołu, a doprawdy było czym. Angra to zespół mało u nas znany i doceniany, absolutnie niesłusznie. Często niesprawiedliwie przypina im się powermetalową łatkę. Fakt, że od 6 lat za wokal odpowiada legenda tego gatunku, wyśmienity włoski tenor Fabio Lione, znany najbardziej z Rapsodii Ognia [Rhapsody Of Fire dla niewtajemniczonych bądź nie znających angielskiego – przyp. red.], ma na to niebagatelny wpływ. Tymczasem Panowie mieszają w swoim tyglu całą gamę wpływów, nie gardząc folklorem swojej ojczyzny, djentem, Devinem Townsendem czy Dream Theater z okresu Images And words. Generalnie ich twórczość, w mojej ocenie, jest ujęciem najważniejszych nurtów gatunkowych progresywnego metalu z ostatnich 25 lat w treściwej pigułce. Na żywo zabrzmieli świetnie, zaprezentowali się w pełni profesjonalnie, mimo niesprzyjających okoliczności przyrody. Koncertową setlistę zdominowały ostatni, doskonały album Omni oraz obchodząca w tym roku 20-lecie wydania płyta Fireworks.  Rafael Bittencourt pięknie przełamał dramaturgię koncertu, dając mini-recital na ażurowy akustyk i głos. Wiarę w sens grania solówek perkusyjnych przywróciło cudowne dziecko – Bruno Valverde. Krótki, acz imponujący popis umiejętności pałkera, grającego jazzową stylówką, z idealnym wykorzystaniem publiczności, sprawił, że po sali jeszcze długo niosło się gromkie “Bruno, Bruno”. Podwójny bis i skandowanie nazwy zespołu, zakończyły ten niezwykle sycący muzyczny spektakl, kilka minut przed północą. [więcej zdjęć można obejrzeć tu – przyp.red.]

Oby prog metal nie zaginął, a najwierniejsi sympatycy stylistyki mogli się cieszyć z takich świetnych eventów jeszcze przez długie lata.

Tekst: Arek Zakrzewski
Zdjęcia: Marek J. Śmietański

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *