Show Band (2018) – Dno przestrzeni

GAD Records nie ustaje w wyszukiwaniu i wydawaniu muzyki, którą gdzieś, kiedyś, słyszało się w tle audycji radiowej, kronik filmowych itp.. Muzyki, która w ogromnej większości nigdy nie trafiła na płyty, pozostając tylko sympatycznym tłem – najczęściej ciekawszym, niż same propagandowe filmiki. Na szczęście – tylko do czasu! Popyt zrodził podaż i GAD nagraniom, wydawałoby się, jednorazowego użytku, daje drugie życie odkopując je w archiwach wytwórni i rozgłośni. Jedną z ciekawszych perełek odszukanych przez wydawnictwo Michała Wilczyńskiego były utwory tria Show Band.

Kiedy w 2014 roku wyszedł krążek Punkt styku, wielu polskich melomanów szczerze się zdziwiło – TAKA kapela przez czterdzieści lat pozostawała nieznana? W skali Polski nikt tak nie grał! Trio Anatola Wojdyny uprawiało stylowy funk z jazzowym zacięciem. Bas lidera i bębny Jana Mazurka tworzyły konkretnie bujającą sekcję rytmiczną, na tle której mógł poszaleć na Hammondzie i Wurlitzerze Maciej Głuszkiewicz. Niestety, stylowość i unikalność nie przekładają się automatycznie na sukces. Show Band, złożony z muzyków grających wcześniej w tak popularnych kapelach jak Klan czy Quorum, był zespołem przede wszystkim tanecznym. Czyli, przekładając na ówczesne realia, dancingowym. Panowie opakowywali w swoje nowoczesne w latach 70. brzmienie ówczesne szlagiery i występowali z takim repertuarem w stołecznych knajpach, na statkach, często wyjeżdżali też do Skandynawii. To się po prostu wtedy finansowo opłacało, a artyści też musieli z czegoś żyć. Co nie przeszkadzało im tworzyć na boku autorskich kompozycji. Utwory Wojdyny miały walor ilustracyjny, dlatego też postanowiono wykorzystać je w kronikach filmowych. Żywy, funkowy puls Show Band najwidoczniej dobrze korespondował z gierkowską “propagandą sukcesu”. Dwa utwory grupy wykorzystano także w serialu 07, zgłoś się. Fonograficzny dorobek Show Band to efekt dwóch sesji nagraniowych z 1974 i 1975 roku.

Z jednej strony rozumiałem zachwyty recenzentów, którzy kilka lat temu piali nad albumem Punkt styku, zawierającym utwory zarejestrowane podczas pierwszej sesji. Fakt faktem – objawiło się nam na płycie zjawisko ważne i osobne. Dowód, że Polacy nie gęsi i funk ostro grają (pardon – grali). Ale, jeśli miałbym odejść od perspektywy historycznej, to uznałbym repertuar Punktu styku za… kompetentny. Po prostu. Zachowywał wszelkie parametry konwencji, ale był zbyt jednolity. Ponad powierzchnię monolitu nie wyrastały żadne haczyki, na które dałbym się złapać. Wrażenia nie zmieniła nawet obecność nie lada gości: Jana Jarczyka na fortepianie i Aleksandra Bema na perkusjonaliach. Podobnej homogeniczności obawiałem się po zbierającym efekty drugiej i ostatniej sesji nagraniowej zespołu Dnie przestrzeni. A tu – miła niespodzianka! W ciągu czternastu miesięcy dzielących dwa wejścia do studia zespół opracował repertuar zdecydowanie ciekawszy i wielobarwny!

Dziewięć utworów, nieco ponad 40 minut muzyki. Nie za długo, wymiar winylowy. Ale bez pomysłu taka dawka muzyki instrumentalnej mogłaby znużyć. Na szczęście muzycy zadbali o płodozmian. Zachowano balans miedzy kompozycjami żywymi (Plus minus, Kamikadze, rzeczywiście rozbujana Huśtawka, utwór tytułowy) ze spokojniejszymi (Jesień czy wzbogacający formułę o elementy latynoskie Spacer po Stegnach). Muzyków podstawowego składu nadal dzielnie wspiera na kongach i innych przeszkadzajkach Aleksander Bem. Rewelacją jest wykorzystanie skrzypiec, to dla Show Band zupełne novum. Ich partie w połowie utworów dograł perkusista Jan Mazurek. Pomysł zdecydowanie urozmaicający brzmienie, ale też na czasie! A czasy były wtedy takie, że triumfy święciła wiolinistyka jazzowa w osobach Jeana Luca Ponty, Michała Urbaniaka czy Zbigniewa Seiferta. Ot, puszczenie oka do bardziej wyrobionych słuchaczy, że zespól trzyma rękę na pulsie, uczy się od najlepszych. Ale niewiele by to wszystko znaczyło, gdyby nie rzecz najważniejsza – kompozycje. A te są przemyślane i dopracowane. Melodyjne i wielowątkowe zarazem. Komunikatywne, ale dalekie od prostactwa. Po prostu udane!

Nawet jeśli nagrywano te utwory do szuflady, ewentualnie z nadzieją na wykorzystanie w radio lub w kronikach filmowych, to powstało – może i mimochodem – coś więcej. Dno przestrzeni  jawi się jako dobra, spójna płyta, prezentująca zespół w konkretnym momencie jego historii. Zawiera muzykę, która broni się sama, nawet bez współistnienia z obrazem. Chętnie będę do tego albumu wracał, traktując go jako pełnowymiarowego longa. Show Band nie istnieje od czterech dekad, ale ich jest za grobem zwycięstwo!

 

Paweł Tryba

 

(Zaprezentowany powyżej utwór Taniec diabłów pochodzi z płyty Punkt styku. Dno przestrzeni dotychczas nie doczekało się swojej youtube’owej prezentacji.)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.