Suzanne Vega – Warszawa, Stodoła, 17.06.2019

Kiedy przy okazji koncertu w Stodole w 2014 roku w rozmowie z Suzanne Vega stwierdziłem, że bez jej czarnych piosenek świat nie byłby taki sam, zaśmiała się. Skąd w ogóle wziął się taki pomysł? Sama artystka, zapowiadając w trakcie występu utwór I Never Wear White, powiedziała, że tworzy czarne piosenki. Czy czerń oznacza zniechęcenie, żal, rozpacz, a może nawet desperację? Czy koncerty nowojorskiej wokalistki są smutne albo melancholijne? Nic bardziej mylnego. Suzanne po 5 latach wróciła do Stodoły i publiczność kolejny raz mogła się przekonać, że o trudnych i ważnych sprawach wcale nie trzeba śpiewać posępnie ani przygnębiająco. Zainspirowana emocjonalnością i ekspresją Leonarda Cohena w połączeniu z prostotą i ekstraspektywnością, które wzięła od Lou Reeda, potrafi w wyjątkowo trafny sposób przekazać swoje obserwacje jako klasyczna songwriterka, choć rzadko kiedy czyni to wprost.

Vega przywiozła do Warszawy jedynie irlandzkiego gitarzystę Gerry’ego Leonarda, z którym współpracuje już blisko 20 lat*. Nie powinno jednak to dziwić w kontekście wydanych w latach 2010-12 czterech płyt cyklu Close-Up, zawierających akustyczne, a zarazem okrojone, wersje kilkudziesięciu** utworów z 7 albumów. Momentami jednak, te potencjalnie zubożone aranżacje brzmiały w Stodole jakby na scenie pojawiła się niewielka alternatywno-rockowa kapela, która wykonuje nie tylko melodyjne kawałki, ale przy okazji robi niemal garażowy hałas. Suzanne wydaje się być artystką, która w unikalny sposób potrafi „sprzedać” smutne historie w taki sposób, żeby nie przytłaczać słuchaczy ani depresyjną wymową tekstu, ani rozpaczliwym brzmieniem.

Gdyby przyjrzeć się setliście z tego wieczoru, to znajdziemy w niej m.in. popularną Lukę traktującą o przemocy domowej, taneczny Caramel o tęsknocie po rozstaniu, melancholijny The Queen & The Soldier o śmierci i bezsensie wojny (w dużym uproszczeniu), Frank & Ava – o toksycznej miłości celebrytów, refleksyjny Small Blue Thing – o podporządkowaniu się i uzależnieniu od partnera, rytmiczny Blood Makes Noise – o ataku paniki. W innych piosenkach też za wesoło w warstwie lirycznej nie jest… Za to muzycznie, nawet pomimo wyjątkowo ubogiego instrumentarium koncertowego, działo się niezwykle dużo i bogato. I co najważniejsze – każdy, kto idąc na koncert Suzanne Vegi nie przewidział, czego się spodziewać, mógł znaleźć coś dla siebie: lekko jazzowe (Caramel), a nawet bluesowe (Thin Man) zabarwienia, folkowo-industrialną (sic!) motorykę (In Liverpool, Blood Makes Noise), klimat lat 50. z kroplą rocka, ale nie rock’n’rolla (Frank & Ava), wspomniany garażowy rock (I Never Wear White), bez mała klasyczną balladę w lennonowskim stylu (Horizon (There Is A Road)).

PS. Kilka zaskakujących informacji statystycznych:
– liczba bisów sięgnęła połowy kompozycji wykonanych w zasadniczym secie (13+6), to niemal się nie zdarza,
– Suzanne zaśpiewała raptem 5 piosenek pochodzących z XXI wieku…

*) Gerry Leonard – znany również ze współpracy z Davidem Bowie – zagrał na 4 albumach Suzanne Vegi, a dwa ostatnie – nawet produkował;
**) Na regularnych płytach cyklu znalazło się razem z bonusami 60 ponownie nagranych piosenek i 5 nowych kompozycji, podzielonych tematycznie: Love Songs, People & Places, States Of Being oraz Songs Of Family.

Marek Śmietański

Dziękujemy firmie Live Nation za akredytację prasową.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.