Toto – Łódź, Atlas Arena, 25.06.2013

Toto, mam wrażenie, że nie jesteśmy już w Łodzi*

W takim razie gdzie byliśmy w towarzystwie Toto? Z pewnością ani w Kansas, ani w innym amerykańskim stanie, choć żadnych efektów specjalnych nie zobaczyliśmy, a cała scenografia ograniczyła się właściwie do flagi z logo trasy oraz profesjonalnego oświetlenia. Jednak podobnie jak Dorotka Gale znaleźliśmy się ponad tęczą, bo feeria barw w trakcie koncertu była niezwykle bogata – pojawiły się niemal wszystkie podstawowe kolory, choć na zieleń trzeba było czekać aż do piętnastej piosenki, podczas której Toto z Nathanem Eastem na czele zabrali nas aż na kontynent afrykański.

Długo nie mogłem zdecydować się, czy wybrać się na koncert Amerykanów, bo z czasem rodziły się kolejne obawy:
– co do mojej obiektywności, bo rzadko dotychczas bywałem na koncertach innych niż prog‑rockowe bądź hard’n’heavy. Głównie niepokoiłem się o to, czy w znanych przebojach znajdę satysfakcjonującą głębię, a nie tylko przebojowe melodie, i czy nie będzie zbyt popowo?
– czy zespół, który sprzedał około 35 milionów płyt i którego członków można ponoć usłyszeć na ponad 5 tysiącach albumów różnych wykonawców [dane z oficjalnej strony Toto – przyp. aut.], a zatem w pewnym sensie ikona amerykańskiej popkultury, na żywo pokaże swoją muzyczną rzetelność, dzięki której przez tyle lat kariery nie imały się go zmieniające się trendy i style?
– jak brak basisty Mike’a Porcaro (chorego od kilku lat na nieuleczalne stwardnienie zanikowe boczne) oraz powrót w 2010 roku – po wielu latach nieobecności w składzie – wokalisty Josepha Williamsa i klawiszowca Steve’a Porcaro wpłynęły na formę koncertową zespołu? Aczkolwiek niemal niepoliczalna współpraca muzyków z wieloma tuzami światowego rocka, jazzu i popu świadczą o tak wielkim doświadczeniu i uniwersalizmie, że trudno sądzić, że coś mogłoby nie zagrać;
– czy polska publiczność stanie na wysokości zadania, co powinno mieć istotne znaczenie, biorąc pod uwagę, że łódzki koncert jako jedyny z bieżącej jubileuszowej trasy miał być rejestrowanym na DVD?

Tuż po dwudziestej Marek Majewski (wokalista polskiego prog-rockowego Osada Vida) był już pod samiuśką sceną, przyklejony do barierek. Jak się potem okazało wielu innych polskich muzyków pojawiło się również na płycie – widziałem Grześka Skawińskiego, minąłem się z Wojtkiem Hoffmanem, ale przecież to nie oni byli bohaterami wieczoru, więc pominę już dalsze wyliczanie. Względnie szybka kontrola przy wejściu i skan biletu, potem chwila wahania przy stoisku z płytami (jednak nie najlepiej zaopatrzonego, bo większość oferowanych płyt to składanki albo koncerty, a nie było m.in. ostatniego studyjnego albumu Falling In Between) i niebawem też znalazłem się na płycie. Tłum gęstniał powoli, ale na trybunach było jeszcze pustawo – czyżby tak miało zostać, skoro do planowanej godziny rozpoczęcia koncertu brakowało już tylko kwadransa. Ale w tym momencie było to nieważne, skoro za plecami właśnie wędrowała do góry misterna metalowa konstrukcja z czwórką dzielnych oświetleniowców. Przecież koncert miał być nagrywany, co traktowałem jako dobry prognostyk, bo zazwyczaj rejestrowane imprezy są bardzo udane [choćby lutowy Wieczór w Teatrze Śląskim i występy Raya Wilsona i RPWL oraz musical Alchemy Clive’a Nolana – przyp.aut.]

Punktualnie po kwadransie rozległy się pierwsze dźwięki, za chwilę spadła biała kotara zasłaniająca scenę i zespół wkroczył do akcji, rozpoczynając koncert połączonymi utworami On The Run i Goodbye Elenore oraz piosenką Goin’ Home (wydaną jedynie na kompilacyjnym albumie Toto XX dopiero po 10 latach od nagrania). Na scenie pojawili się Joseph Williams (wokal), Steve Lukather (gitara), David Paich (klawisze), Steve Porcaro (klawisze), Simon Phillips (perkusja), Nathan East (bas) oraz Amy Keys i Mabvuto Carpenter (chórki). Gdy zabrzmiał klawiszowy wstęp Hydry, pozbyłem się już wszelkich obaw, a solówka Lukathera ponad poziomy wylatująca** i muzyczny dialog jego gitary z klawiszami Porcaro utwierdziły mnie w przekonaniu, że wszystkich obecnych czeka magiczny wieczór. Po rockowo brzmiącym St. George And The Dragon, Steve Lukather powitał sympatycznie widzów, przypomniał o 35 rocznicy wydania pierwszej płyty Toto, które to wydarzenie stało się motywem przewodnim obecnej trasy koncertowej oraz uświadomił większość obecnych, że 25 czerwca urodziny obchodzi pianista David Paich, któremu cała publika nie omieszkała chóralnie odśpiewać ‘Sto lat’. Podczas kultowego I’ll Be Over You pojawiły się zimne ognie, zapalniczki i rozświetlone komórki, a zespół miał już publikę całkowicie obłaskawioną, szczególnie po kolejnej gitarowej solówce. Nikogo zatem już chyba nie powinno dziwić, że Rosannie niemal przez cały czas towarzyszyły oklaski. Zanim zabrzmiały następne akordy, tradycyjnie prowadzący konferansjerkę Steve wspomniał nieżyjącego perkusistę Jeffa Porcaro i chorego Mike’a Porcaro, którym zadedykował Wings Of Time poświęcony trudnym pożegnaniom z przyjaciółmi. Mocny, gęsty i poszarpany Falling In Between z mistrzowsko współpracującą sekcją rytmiczną spowodował, że na początku i końcu tego utworu widzowie zgromadzeni na płycie machali rozcapierzonymi dłońmi. I Won’t Hold You Back został zadedykowany „mamom, naszym i waszym, a właściwie wszystkim”. W utworze o niewątpliwie numerycznym tytule 99 Toto zaprezentowało się miejscami prawie smooth-jazz-rockowo, przy czym gra Lukathera na  elektro-akustycznej gitarze kojarzyła się z Alem di Meolą, a brzmienie klawiszy Porcaro – z Lylem Maysem z Pat Metheny Group (z płyt z przełomu lat 80. i 90.). Początkowo kameralny i niemal romantyczny kawałek z czasem się zaostrzył i płynnie przeszedł w następny, żeby nie uśpić publiczności rozmarzonej sugestiami Steve’a à propos pozycji seksualnych. Pierwsze wykonanie White Sister pokazało, że korzenie Toto zdecydowanie tkwią w gatunku określanym mianem AOR (ang. Adult Oriented Rock), który powstał poprzez uproszczenie rocka progresywnego w warstwie gitarowej z jednoczesnym włączeniem elementów melodyjnego rocka. Momentami ewidentnie czułem się jakbym był na koncercie Foreignera na początku lat 80. Podobnie było kilkanaście minut później, w trakcie kończącego zasadniczą część koncertu Hold The Line zaśpiewanego przez Williamsa w duecie z dynamiczną Amy Keys. Przed tą piosenką flaga z logo trasy została zrzucona, co odsłoniło historyczną okładkę pierwszej płyty z mieczem po środku. Better World i pierwszy z bisów Home Of The Brave nie zrobiły na mnie specjalnego wrażenia, również z powodu przesłania ukazującego klasyczne amerykańskie ideały przyjaźni, odwagi i wolności, nieco za bardzo podlane patriotycznym sosem. W Stop Loving You Simon Phillips, mając przysłowiowe pięć minut dla siebie i swojej perkusji, przypomniał sobie nie tylko grę w Judas Priest (nagrał przecież z nimi w 1977 roku bardzo przyzwoity album Sin After Sin), ale również współpracę z Michaelem Schenkerem. Dwa dodatkowe bisy były powtórzeniem wcześniej już zaśpiewanych piosenek (tylko ze względu na nagranie, bo na innych koncertach tej trasy kończyło się na jednym dodatkowym utworze), jednak nie tylko Pamela, ale szczególnie White Sister zostały zaśpiewane inaczej. Ten drugi utwór rozpoczął się solowym wstępem Davida Paicha, do którego po chwili dołączył Joseph Williams, a dopiero po kilku minutach reszta zespołu. Ekscytujące wykonanie potwierdziły długie, pełne entuzjazmu końcowe owacje, po których część widzów opuszczała halę w świetnym humorze po doskonałym koncercie, a część ze smutkiem, że to już koniec, mimo że zespół grał w sumie około dwie i pół godziny, co nie zdarza się zbyt często.

Jeśli chodzi o poszczególnych muzyków tak się jakoś dziwnie złożyło, że trudno mi cokolwiek napisać o Stevie Porcaro. Współzałożyciel zespołu pewnością swoją grą na syntezatorach nikomu nie przeszkadzał, co oznacza, że wciąż idealnie rozumie się z pozostałymi instrumentalistami. Niezmordowany Williams, w ciemnym kaszkiecie na głowie, nieustannie podskakujący i szalejący po scenie ze statywem, prezentuje doskonałą formę zarówno wokalną, jak i fizyczną (inna sprawa, że jest najmłodszy z obecnego składu koncertowego). Mam wrażenie, że niestety Lukather głosowo nie zaprezentował się najlepiej w porównaniu z Williamsem. W efekcie kawałki, w których on był głównym wokalistą, nie wypadłyby dostatecznie satysfakcjonująco, gdyby nie fenomenalne solówki (m.in. Wings Of Time, How Many Times, Home OfThe Brave), choć już I’ll Be Over You zabrzmiało rewelacyjnie. Steve cały czas bawił się grą na swoich kilkukrotnie zmienianych gitarach i to właściwie niezależnie od tego, co grał. Sprawę jego kunsztu pominę milczeniem, bo nie jestem w stanie dostatecznie dobrze oddać tego słowami. Jazzujące wstawki Davida Paicha, który tradycyjnie występował w cylindrze na głowie, przydały wielu piosenkom niemal nowej wartości, np. 99 czy też Pameli zagranej na bis, co umożliwiło delektowanie się brzmieniem rzadko wykorzystywanego podczas występów na żywo pianina (oczywiście nie przez Toto). Genialny bas niemal cały czas uśmiechniętego Nathana Easta (wbrew moim obawom) rewelacyjnie kooperował z perkusją Simona Phillipsa. Flegmatycznie poruszający się po scenie basista pokazał, jak dobrze wkomponował się w zespół podczas rewelacyjnie wykonanego utworu Africa, w trakcie którego długo prowadził wokalny dialog z publicznością.

I na koniec trochę statystyk:
– nie zabrakło największych hitów zespołu (Hold The Line, Rosanna, Africa), które jednocześnie stanowią utwory najczęściej wykonywane na żywo, a jednocześnie Toto zagrało dwa utwory specjalnie przygotowane na obecną trasę (It’s A Feeling i Wings Of Time), które poza coverami są wykonywane bardzo rzadko;
– w setliście znalazły się aż cztery utwory ze złotej Hydry (1979), po trzy z multi-platynowego Toto IV (1982) oraz The Seventh One (1988), a tylko po jednym z debiutanckiego podwónie platynowego Toto (1978) i złotego Fahrenheita (1986), a zespół pominął w ogóle złoty Isolation, ignorując np. Holyannę [złoto i platyna odnoszą się oczywiście do rynku amerykańskiego – przyp. aut.];
– niestety mimo że był to jedyny w Polsce koncert, to frekwencja okazała daleka od rekordowej – wydaje się, że nie przekroczyła nawet połowy pojemności hali. A wystarczy porównać inne państwa odwiedzane w ramach pięciotygodniowej europejskiej trasy, np. Francję, gdzie Toto grało w 9 (sic!) miastach czy Niemcy z 4 koncertami.

Na pocieszenie, a może usprawiedliwienie, należy jednak podkreślić, że obecni w hali widzowie nie zawiedli, urządzając zespołowi (i Davidowi Paichowi) naprawdę huczną imprezę jubileuszową. Zespół był zachwycony możliwością wciągnięcia fanów do naprawdę znakomitej zabawy. Tak czy inaczej, Toto potwierdziło, że nieprzypadkowo stanowi pewnego rodzaju niedościgniony wzorzec dla wielu wykonawców pod względem zarówno brzmienia, jak i muzycznej wiarygodności. Osobiście nie spodziewałem się, że z jednej strony dość wyrafinowane, a z drugiej nader subtelne kompozycje, pozwolą mi długo jeszcze delektować się perfekcyjnym koncertowym brzmieniem Toto.

Setlista: On The Run-Goodbye Elenore / Goin’ Home / Hydra / St. George and the Dragon / I’ll Be Over You / It’s A Feeling / Rosanna / Wings Of Time / Falling in Between / I Won’t Hold You Back / Pamela / 99 / White Sister / Better World / Africa / How Many Times / Stop Loving You / Hold the Line, bisy: Home of the Brave / Pamela / White Sister.

Marek J.Śmietański

*) Trawestacja wypowiedzi Dorotki „I’ve got a feeling we’re not in Kansas anymore” z Czarnoksiężnika z Krainy Oz L. Franka Bauma;
**) Trawestacja cytatu z Ody do młodości Adama Mickiewicza.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.