Ray Alder (2019) – What the Water Wants

Cicha woda brzegi rwie

Krótko po tym, jak panowie z Fates Warning ogłosili tymczasową przerwę od wspólnego grania, w mediach zaczęły krążyć plotki na temat solowych projektów co niektórych muzyków. I tak Jim Matheos znów związał się z pierwszym wokalistą grupy, by pod szyldem Arch / Matheos wypuścić Winter Ethereal; z kolei Ray Alder, po odejściu z Redemption i zweryfikowaniu swojej aktywności w grupie Engine*, postanowił popracować nad autorskim materiałem. Co ciekawe, pierwszym w swojej przeszło trzydziestoletniej karierze. Tegoroczny What the Water Wants to esencja dotychczasowych dokonań piosenkarza – mniej tu prog metalu, więcej melo-rocka, ale wciąż ukierunkowanego na przestrzenne formy. Zresztą nie ma się co dziwić, niemal każdy utwór na płycie wręcz kipi od emocji. Nie jest to jednak wyłącznie jego zasługa. W procesie twórczym Rayowi towarzyszyli przyjaciele – Mike Abdow (gitara), Craig Anderson (perkusja) oraz Tony Hernando (bas) – jak również jego żona, Cecilia Garrido Stratta, która wykonała oprawę graficzną wydawnictwa. Miksem płyty zajął się z kolei Simone Mularoni, gitarzysta DGM i Redemption.

Po katartycznym Theories of  Flight (2016) Alder sukcesywnie rozwija swój literacki warsztat. Oczywiście w jego tekstach pojawiają się elementy wspólne z konceptami Fates Warning – tj. motyw drogi, powodzi (oczyszczenia) oraz wspomnień – jednak zamiast je powielać, wchodzi w otwarty dialog z lirykami Jima Matheosa. Przefiltrowuje je przez własną wrażliwość, nadaje im większego znaczenia emocjonalnego, ale wciąż unika truistycznego moralizowania. Na What the Water Wants Ray mierzy się z humanistycznymi ujęciami, które w gruncie rzeczy nie są łatwe do przełożenia. W takiej formie nietrudno je zbanalizować, ale na szczęście muzyk uporał się z nimi po mistrzowsku. Zresztą jego wokalne ekspresje są w stanie uwiarygodnić nawet największą liryczną płyciznę.

Alder może i nie wyciąga już takich rejestrów jak kiedyś, ale głos wciąż ma hipnotyzujący – bije od niego dojrzałość oraz niezwykła energia. Obecnie jest nawet w lepszej formie (i tak, nawet koncertowej) niż za czasów FWX (2004) czy Live in Athens (2005), po których Fatesi zniknęli na kilka lat ze sceny. Od strony wokalnej What the Water Wants nie zawodzi, a całość dopełniają treściwe, acz intensywne sola Abdowa (aczkolwiek to z The Killing Floor zawstydziłoby samego Franka Arestiego); jak również sekcje basu Hernanda, które na płycie pełnią funkcję nie tylko rytmiczną, ale też melodyczną. Najgorzej z całego kwartetu wypada niestety Anderson. Jego partie są zbyt sterylne i sprawiają wrażenie odegranych (nie czuć w nich grama groove’u i improwizacji). Bądź co bądź nie jest to najważniejszy element solowego krążka Aldera.

 

Piosenkowy charakter albumu okazał się przyjemną odskocznią od rytmicznych połamańców oraz długich form, z których od lat słynie macierzysta formacja Raya.  Nie oznacza to jednak, że What the Water Wants stroni od metalowej poetyki – wręcz przeciwnie. Tu na pierwszy plan wychodzą Lost, Shine oraz pędzący A Beautiful Lie; z kolei Wait i What the Water Wanted powinny przypaść do gustu miłośnikom Engine. Oczywiście nie mogło też zabraknąć ballad, a w tej materii prym wiodą elegijny Crown of Thorns oraz Under Dark Skies. Kompozycje chwytliwe (głównie dzięki partiom basu Hernanda), przepełnione tęsknotą, ale też popisowo zaśpiewane. Wpływy Fates Warning słychać najbardziej na Some Days i The Road – ten pierwszy mógłby spokojnie trafić na Perfect Symmetry  (1989), drugi zaś idealnie odnalazłby się w nastrojach FWX (również tekstowo). Wciąż jednak czuć w nich silny autorski akcent. Wieńczący The Killing Floor okazał się nie tylko najdłuższym, ale też najbardziej ekspresyjnym utworem na płycie. Kluczową rolę odgrywają w nim nośne wokalizy i harmonie (refren!), jak również instrumentalne popisy, którym przewodzi Mike Abdow. W ramach bonusu Ray przygotował dla fanów akustyczną wersję The Road pozbawioną elektronicznych wtrąceń, a w konsekwencji bardziej sensytywną od oryginału.

What the Water Wants sprawdza się zarówno jako solowy debiut, jak i autonomiczne wydawnictwo. Ray idealnie zestawia nastroje – przeplata metalowe szlagiery z intymnymi balladami – a swoje wydawnictwo opiera na sinusoidzie. Niewykluczone, że był to celowy zabieg, który miał zasymulować słuchaczowi kontakt z falą, a ta z kolei tylko z pozoru wydaje się spokojna i nieszkodliwa. Przynajmniej do czasu, kiedy się z nią nie zetkniemy – wtedy zostawi w nas trwały ślad. Alder unika dosłowności (w końcu to najwrażliwszy głos rocka), stopniowo rozwija swoje motywy, które intensyfikują się bliżej finału. W ślad za jego rozważaniami podąża sekcja instrumentalna (szczególnie świetnie zgrywający się Abdow i Hernando), a immersję tę pogłębia przestrzenna produkcja Mularoniego. Od strony realizatorskiej i kompozycyjnej nie ma tu większych zastrzeżeń, nawet jeśli płyta okazuje się mniej rozbudowana względem poprzednich dokonań wokalisty.

Czego zatem chce od nas tytułowa woda?  Konfrontacji z przeszłością, autorefleksji nad samym sobą, a może odkupienia błędów? Tak naprawdę wszystkiego po trosze, ale na pewno potrzebuje naszej uwagi. Dlaczego więc warto dać ponieść się pierwszej „fali” Raya Aldera? Bo jest porywista i oczyszczająca – nikogo nie pozostawi obojętnym.

Łukasz Jakubiak

 


*) Engine to progmetalowa grupa zawiązana przez Raya Aldera, Joeya Verę (Fates Warning), Berniego Versaillesa (ex-Redemption) oraz Pete’a Paradę (Face to Face), która działała aktywnie w latach 1999-2002. Mają na swoim koncie dwa krążki – Engine (1999) oraz Superholic (2002) – a ich najbardziej znany singiel, Monster, można było usłyszeć w (kiepskim) horrorze Straceni (2001).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.