Pill of Rock 2 – The Alan Parsons Project

Dzień dobry, a może dobry wieczór…

Pewnego pięknego dnia w pierwszej połowie lat 70. dwaj Panowie – nazwijmy ich symbolicznie Pan W. i Pan P. – spotkali się w stołówce legendarnego studia nagrań Abbey Road. 29-letni pan W. – samouk, który nigdy nie nauczył się czytać nut – do owego momentu pracował jako pianista sesyjny i songwriter. Komponował i pisał teksty m.in. dla Marianne Faithfull, grupy The Tremoloes czy Joe Dassina, a nawet współpracował z Andrew Lloyd Webberem i Timem Ricem. 26-letni Pan P. – który w dzieciństwie uczył się gry na fortepianie i flecie, a jako nastolatek próbował też gitary – pracował z kolei jako inżynier dźwięku i producent muzyczny, mając w swoim CV wpisanych The Beatles i Pink Floyd.

Panowie dość szybko doszli do porozumienia, głównie dzięki swoim rozterkom związanym z pracą. Pan W. był zmęczony trudami życia songwritera, który tworzy jedynie dla innych, a Pan P. – sfrustrowany szukaniem kompromisów między często wydumanymi żądaniami muzyków a własną wizją produkcyjną. Co interesujące, w nazwie wspólnego projektu użyto nazwiska Pana P, choć idea i większość materiału na debiutancki concept album była autorstwa Pana W, który za to chętnie został menadżerem. W tym przypadku – jak to często bywa w przemyśle muzycznym – nie obyło się bez nacisku wytwórni, która uznała, że powiązania Pana P z Pink Floyd i The Beatles będą miały pozytywny wpływ na wizerunek zespołu.

Z ciekawostek odnotujmy, że piosenka The Raven z Tales of Mystery and Imagination (1976), zaśpiewana przez aktora Leonarda Whitinga, była pierwszą piosenką rockową, w której wykorzystano cyfrowy wokoder do przetworzenia głosu. Gwoli ścisłości: nie był to głos głównego wokalisty, tylko Pana P, który w drodze wyjątku zaśpiewał pierwszą zwrotkę.

Ośmielę się tu jeszcze postawić odważną tezę à propos następnej płyty. Wydany rok później I Robot – tematycznie oparty na prozie science fiction Isaaca Asimova – wyjątkowo głęboko zainspirował muzycznie Jeffa Wayne’a podczas nagrywania “Wojny Światów” (Jeff Wayne’s Musical Version of The War of the Worlds).

Oczywiście do pierwszych dwóch albumów grupy dziś nie sięgnę…

Epickie orkiestrowo-chóralne aranżacje w In The Lap Of The Gods stanowiącym muzyczny hołd dla Egiptu i piramid były autorstwa Andy’ego Powella, którego wspominałem w poprzednim Pill of Rock jako producenta pierwszych dwóch płyt Kate Bush. Wierzę, że w nagraniu słychać było również Johna Leacha, grającego na cymbałach. Dlaczego o nim mówię? Ponieważ ten kompozytor muzyki filmowej nie wziął się znikąd, jako instrumentalista grywał też na soundtrackach takich tuzów jak Maurice Jarre czy John Williams.

Wróćmy jeszcze na chwilę do faktycznego udziału Panów P. i W. w pracy twórczej. Co do autorstwa nagrywanych utworów – choć na płytach konsekwentnie pisano „All songs written and composed by Alan Parsons and Eric Woolfson” – to w rzeczywistości Eric czyli nasz Pan W. był autorem wszystkich tekstów i ponad 90% kompozycji, natomiast Alan czyli nasz Pan P. odpowiadał za ostateczne brzmienie oczywiście jako inżynier dźwięku i producent. Fakt faktem, Parsons był współtwórcą większości utworów instrumentalnych, których nie brakowało na żadnej płycie, czasem grywał na klawiszach czy gitarze akustycznej bądź śpiewał w chórkach, ale od Pyramid miało to miejsce raczej rzadko.

Konsekwentnie również kompletowano muzyków do nagrań – wciąż był to mniej więcej podobny skład instrumentalny oparty na szkockiej grupie rockowej Pilot oraz od 4 do 6 wokalistów, których nazwiska jednak pominę, żeby nie “recytować” książki telefonicznej.

Czy to mogło się udać?

Czytasz książkę, przewracasz kartki
Zmieniasz swoje życie na tysiące sposobów
Oczy Ci jaśnieją, gdy poznajesz przyczyny
Uświadamiasz sobie, że masz klucz
Do królestwa mądrości

Nie masz już nic do stracenia (nie masz już nic do stracenia)
Nie, nie masz już nic do stracenia (któż chciałby być na Twoim miejscu)

Kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa
Nigdy więcej zwlekania, ale wątpliwości pozostają
Nic nie poświecono ani nie sprofanowano
Wszystko dla zysku
Bo już nic Ci nie zostało…

[Eric Woolfson, Turn Of A Friendly Card: iv. Nothing Left To Lose]

Po średnim Pyramid i katastrofalnym Eve nasi Panowie Dwaj wrócili do formy na albumie, na którym po raz pierwszy można było usłyszeć tak duże wpływy folkowe. Podczas nagrywania The Turn Of A Friendly Card (1980) wykorzystano flety, akordeon, klawesyn oraz klawikord, nie licząc pstrykania palcami czy gwizdania w stylu Ennio Morricone. Dzieło oparte było na doświadczeniach obu Panów z życia w Monte Carlo (obaj wówczas tam pomieszkiwali). W oryginale – na winylu – blisko 17-minutowa suita tytułowa stanowi zamkniętą całość, niestety na CD została podzielona na 5 osobnych części. Zaprezentowany Nothing Left To Lose czyli 4. część suity – to jedyny utwór, który zaśpiewał wówczas Eric Woolfson. Osobiście znajduję w nim jedne z piękniejszych pseudo-folkowych harmonii wokalnych projektu, które wyjątkowo przekornie kontrastują z energicznym pseudo-rockowym brzmieniem gitary elektrycznej.

Tłumaczenie tekstu całej suity możecie znaleźć tu.

Być może zapytacie, dlaczego nie posłuchamy dziś Siriusa z Eye In The Sky (1982). Uprzedzę pytanie i od razu odpowiem… Może dlatego, że powszechnie był wykorzystywany przy różnych okazjach na całym świecie, przede wszystkim w sporcie – nie tylko na meczach koszykówki, piłki nożnej, baseballu i rugby, ale też podczas zawodów tenisowych i gimnastycznych. Najbardziej znany jest kibicom drużyny Chicago Bulls, której przez kilkanaście lat1 oryginalna wersja utworu towarzyszyła podczas wejścia na własny parkiet przed meczami w lidze NBA. Sirius pojawił się nawet w dwóch filmach dla dzieci: “Flubber” (1997) z Robinem Williamsem w roli głownej oraz “Klopsiki i inne zjawiska pogodowe” (2009).

A skoro już zeszliśmy na manowce w stronę sportu, to cover utworu Limelight nagrany przez Bonnie Tyler stał się oficjalnym hymnem olimpijskiej reprezentacji Niemiec w 1996 roku. Warto pamiętać, że oryginalnie czyli – na delikatnie mówiąc – przeciętnej płycie Stereotomy piosenkę tę zaśpiewał Gary Brooker z Procol Harum. Tytuły poprzedniczek Stereotomy przemilczę, tak samo jak wielu fanów grupy wolałoby o nich zapomnieć…

Któż wie, gdzie droga ta może nas zaprowadzić, jedynie głupiec by o to pytał
Któż wie, czy spotkamy się na niej…

Podążaj za najjaśniejszą gwiazdą tak daleko, na ile pozwoli ci odwaga
Ale co znajdziemy, kiedy tam dotrzemy?

Któż wie, gdzie wiatry mogą nas zawiać, jedynie głupiec by o to pytał
Któż wie, czy dotrzemy kiedyś do brzegu…

La Sagrada Familia, noc odeszła, koniec oczekiwania
La Sagrada Familia, pokój nastał na ziemi

Aż do następnego razu
Aż do następnego razu

[Alan Parsons & Eric Woolfson, La Sagrada Familia]

Z formalnego punktu widzenia kilkunastoletnią historię The Alan Parsons Project zamyka względnie udana płyta Gaudi (1987), z której usłyszeliśmy hymn La Sagrada Familia.

Autorskie zdjęcia z barcelońskiej świątyni Sagrada Familia o muzycznym kontekście możecie obejrzeć tu.

W ten sposób można mówić o pewnej dyskograficznej symetrii projektu Panów W. i P. – pierwsze i ostatnie wydawnictwa to concept albumy poświęcone znaczącym postaciom kultury wysokiej – Edgarowi Allanowi Poe i Antonio Gaudiemu. Właściwie niemal pośrodku też znajdziemy taki album, bo wspominany dziś Turn Of A Friendly Card był piątym z 10 wydawnictwem studyjnym.

W rzeczywistości, ostatnim albumem duetu była Freudiana – wydana 3 lata później bez nazwy wykonawcy na okładce. Znalazła się na niej jedynie naklejka „Stworzony i napisany przez Erica Woolfsona, twórcę Alan Parsons Project. Wyprodukowany i zaaranżowany przez Alana Parsonsa.” Przy okazji okazało się wówczas, że Eric Woolfson był tak zafascynowany Freudem dzięki studiom psychologicznym żony, iż komponując, potrafił spędzać czas na historycznej kanapie dla pacjentów w Muzeum Freuda w Londynie.

A potem drogi Panów się rozeszły…

Na przełomie XX i XXI wieku Woolfson zajął się tworzeniem muzyki na potrzeby teatru. Zaadaptował Freudianę do wystawienia w formie rock opery oraz napisał kilka nowych musicali, jednak opartych na istniejących już nagraniach – tytuły Gaudi, Gambler i Edgar Allan Poe same wskazują, których płyt użył jako źródeł. Właśnie z tego ostatniego pochodziła zaprezentowana przed chwilą piosenka Train To Freedom.

Ten niezwykle zdolny songwriter potrafił na kiepską płytę wcisnąć perełkę (choćby urokliwą soft balladę The Same Old Sun na koszmarnym Vulture Culture) i odwrotnie – na znakomitym albumie zdarzało mu się umieścić kiczowatą piosenkę – np. quasi-dyskotekowe The Voice na świetnym I Robot. Tuż przed śmiercią (2009) Eric Woolfson wydał płytę The Alan Parsons Project That Never Was z kompozycjami, których Parsons nigdy nie chciał zaakceptować na albumy wspólnego projektu.

Z kolei, sam Parsons na przełomie wieków nagrał kilka płyt sygnowanych jedynie własnym nazwiskiem – w większości zresztą niezbyt udanych, z wyjątkiem pierwszej Try Anything Once (1993) i może drugiej – On Air (1996), ale to i tak były wydawnictwa raczej dla zagorzałych fanów. Być może dlatego niemal po każdej następnej robił coraz dłuższą przerwę. Aczkolwiek dzięki tym nagraniom Alan poczuł potrzebę przeniesienia swojej muzyki na scenę. Od połowy lat 90. nowy skład pod nazwą Alan Parsons Live Project koncertował bądź samodzielnie, bądź jako suport m.in. grup Yes, Kansas, a nawet Alice’a Coppera.

Na sesję nagraniową w 2004 roku udało mu się zaprosić samego Davida Gilmoura…

Return to Tunguska z solowej płyty Alana Parsonsa zatytułowanej Valid Path to już ostatni z dziś prezentowanych utworów.

The Alan Parsons Project to zespół o ewidentnie dwóch obliczach, nie tylko dlatego że tworzył go duet uzupełniany innymi, zdolnymi muzykami tylko na potrzeby nagrań. Grupa w trakcie swoje działalności nigdy nie koncertowała, w przeciwieństwie do Alan Parsons Live Project, który potrafi zagrać rocznie kilkadziesiąt koncertów. Czasem pojawia się również w Polsce.

Zdjęcia z występu podczas Festiwalu Legend Rocka w Dolinie Charlotty sprzed 2 lat możecie obejrzeć tu.

Na sam koniec spróbujmy sobie uzmysłowić jak bardzo różne utwory nagrali nasi Panowie Dwaj. Zestawmy choćby niesamowity i przerażający Total Eclipse, niemal żywcem wyjęty z filmu “2001: Odyseja kosmiczna” Stanleya Kubricka, z piosenką Don’t Answer Me, niezwykle popularną dzięki komiksowemu teledyskowi, nominowanemu do nagrody MTV Video Music Awards dla najlepszego eksperymentalnego video.

Czy to się mogło nie udać?

Marek J. Śmietański

1) Po kilkunastu latach zrezygnowano z oryginalnej wersji utworu na rzecz coveru wykonywanego przez lokalnych muzyków…

Artykuł stanowi tekstowy zapis audycji, emitowanej w brytyjsko-polskim radio internetowym HTM eco Radio w ramach cyklu “Pill of Rock”.

Zbiorcza playlista Spotify z dotychczas emitowanych audycji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.