Pill of Jazz 5 – Freddy Cole

Dzień dobry, a może dobry wieczór…

Dziś zapraszam na pigułkę jazzową wyjątkowo sentymentalną tematycznie, a zarazem delikatną muzycznie…

Wyobraź sobie drogi Słuchaczu, że wyglądasz i śpiewasz jak Twoje bardziej wszechstronne i utalentowane rodzeństwo, ale masz jednocześnie świadomość, że całe życie pozostajesz w jego cieniu. Nie jestem moim bratem, jestem sobą… – pod takim tytułem w 1990 roku płytę wydał Freddy Cole –  młodszy brat legendarnego Nat King Cole’a. W latach 50. XX wieku, kiedy Freddy dopiero wchodził w świat muzyki, Nat był już czołowym wokalistą amerykańskiej sceny jazzowej.  Gdy najsłynniejszy z braci Cole zmarł, najmłodszy miał w swojej dyskografii raptem kilka singli i debiutancką płytę, zresztą nie jazzową, lecz bluesową.

Ze względu na osiągnięcia brata, Lionel Frederick Cole wcale nie miał zamiaru zajmować się muzyką, choć już w wieku przedszkolnym brał lekcje gry na pianinie. W liceum grał w koszykówkę i football amerykański na tyle dobrze, że miał nadzieję na kontrakt w lidze NFL, jednak poważna kontuzja uniemożliwiła mu profesjonalną karierę sportową. Na szczęście dwa lata rekonwalescencji przywróciły mu sprawność lewej ręki na tyle, że choć wciąż nie był w stanie zaciskać pięści, to na fortepianie grać mógł. Za namową Nata przeniósł się więc do Nowego Jorku, gdzie rozpoczął studia w konserwatorium, a w końcu wydał pierwsze single. Mawiał:

Nie staram się zająć czyjegoś miejsca. Mój brat zarobił mnóstwo pieniędzy, ale ja śpiewam bluesa.

The Joke Is On Me Freddy Cole nagrał w 1952 roku. Dopiero 12 lat później piosenka ta znalazła się na debiutanckiej płycie wokalisty zatytułowanej Waiter, Ask The Man To Play The Blues. Freddy Cole Sings & Plays Some Lonely Ballads.

W latach 50. XX wieku Freddy koncentrował się na studiach muzycznych i występował w nocnych klubach na Manhattanie w Nowym Jorku, gdzie w końcu został zauważony przez środowisko jazzowe na tyle, że zaczęto się go angażować jako muzyka studyjnego i sidemana. Grał m.in. w zespole Earla Bostica, współpracował z perkusistą Sonny Greerem i saksofonistą Benny’m Golsonem. Ten ostatni w jednym z wywiadów stwierdził, że „Talent i muzyka Freddy’ego są jak wyśmienite, rzadkie wino”.

Po wydaniu solowego albumu i zdobyciu większej popularności w USA, zaczął koncertować na całym świecie, przede wszystkim w Europie, gdzie miał okazję pokazać się również nie‑jazzowej publiczności, grając trasy koncertowe m.in. z Petulą Clark i Charlesem Aznavourem.

O dziwo, jak na popularnego piosenkarza, w roli gościa specjalnego na płytach innych artystów pojawiał się raczej dość rzadko. Pomimo to, znajdziemy w jego dyskografii nawet wątek polski, jako że w 2018 roku nagrał piosenkę Santa Claus Is Coming To Town w duecie z Agą Zaryan, na jej świąteczną płytę. Ale do Bożego Narodzenia jeszcze daleko, zatem piosenki świąteczne zostawmy na inną okazję. Zacznijmy od nagrania z pewnym szczególnym wokalistą, który Freddy’ego określił mianem „jednego z niewielu naprawdę wspaniałych”…

Ten niezwykły, zaskakujący głos, któremu towarzyszył Freddy Cole, należał do piosenkarza jazzowego Jimmy’ego Scotta. Amerykański wokalista wskutek rzadkiej choroby genetycznej, znanej pod nazwą syndromu Kallmanna, miał bardzo wysoki, sopranowy wokal, będący efektem braku mutacji. Usłyszeliśmy piosenkę When You Wish Upon A Star, która znalazła się na płycie Jimmy’ego Scotta zatytułowanej But Beatiful (2002).

Oprócz talentu wokalnego i umiejętności gry na fortepianie, Freddy’emu trzeba oddać honor jeszcze za niezwykle trafny dobór repertuaru zarówno koncertowego, jak i na płyty studyjne. Imponował również wiarygodnością wykonania „obcych” przecież piosenek, bo sam tworzył bardzo niewiele. Prawdopodobnie dlatego też wokalista właściwie unikał śpiewania w duetach czy udziału w czyichś nagraniach, a jeśli już – to wyjątkowo starannie dbał o spójność wokali, jak choćby w tej piosence…

Utwór For All We Know powstał w 1934 roku i był wykonywany m.in. przez Ninę Simone, Arethę Franklin, Billie Holiday, Doris Day, Bette Midler, a nawet Roda Stewarta. Wykorzystano go również w kilku filmach. Wersja, której słuchaliśmy, znalazła się na płycie Signature wydanej 2002 roku przez Ann Hampton Callaway. Oprócz Freddy’ego Cole’a mogliśmy podziwiać tu również grę na fortepianie Kenny’ego Barrona i trąbkę Wyntona Marsalisa.

Chrapliwy wokal Freddy’ego z głęboką purpurą skrzy się elegancją i połyskuje uprzejmością. Czasami przechodzi w recytację, ale nigdy nie traci elokwencji, nawet jeśli jego ręce z wolna snują się po klawiaturze fortepianu, a on pozornie myślami błądzi w zupełnie innych światach. Jakby było tego mało, to drugiego tak lirycznego, jazzowego gawędziarza trudno znaleźć. Miałem okazję klęczeć z aparatem u jego stóp podczas koncertu, kiedy 4 lata temu Cole przyjechał do Polski. Niepowtarzalne przeżycie…

Zdjęcia z koncertu Freddy’ego Cole’a w 2016 roku w łódzkim klubie Wytwórnia można obejrzeć tu.

Posłuchajmy jeszcze jednego z tych wyjątkowych i naprawdę unikalnych duetów…

Piosenka It’s Always You pochodzi z płyty You Are There, do nagrania której Hilary Kole [nazwisko wokalistki rzeczywiście zaczyna się od litery ‘K’, to tylko przypadkowa zbieżność wymowy – przyp. aut.] zaprosiła aż 13 pianistów. Freddy Cole znalazł się wśród nich raczej ze względu na swój niepowtarzalny, aksamitny baryton z uroczą chrypką niż wirtuozerię pianistyczną.

Niewykluczone, że Freddy znacznie lepiej czuł swing od swojego starszego brata, aczkolwiek jest to niepodważalnie nieporównywalne. Z pewnością jednak można go zaliczyć do najbardziej dojrzałych wokalistów jazzowych swojego pokolenia, oczywiście dojrzałych ze względu na umiejętności…

W piosence I’m Not My Brother, I’m Me najmłodszy z Cole’ów wyjaśniał, że nawet jeśli brzmi trochę jak brat i nawet gdy decyduje się zaśpiewać taki utwór jak Mona Lisa, to i tak jest bardzo sobą. Zastanawiające jest jednak to, że dokładnie identycznie jak brat, opuścił literę „s” w nazwisku – obaj w rzeczywistości nazywali się Coles. Jednocześnie zaś przyznawał, że w tym pośrednim pojedynku zawsze będzie stał na przegranej pozycji. Z wiekiem jednak stawał się coraz bardziej optymistyczny co do swojego miejsca w świecie jazzu – jego dorobek dyskograficzny znacząco się powiększał, jego talent wokalny był coraz bardziej doceniany, a piosenki, które śpiewał – coraz bardziej wyrafinowane. Nic więc dziwnego, że prasa amerykańska tak o nim pisała:
– magazyn “People”

Wspaniały jesienny baryton, ekspresyjne frazowanie i doskonałe wyczucie dla standardów jazzowych, popowych melodii i miłosnych ballad.

– gazeta Topeka-Capital Journal

Cole jest w dużej mierze sobą, a jego wyprawy palcami przypominają bluesowy minimalizm Counta Basiego, wyrafinowaną finezję George’a Shearinga i wytworną dumę Duke’a Ellingtona.

Sami możecie się przekonać, jak Freddy’emu szło śpiewanie piosenek brata…

Na wspominanej płycie I’m Not My Brother, I’m Me (1990) Freddy umieścił medley złożony z sześciu piosenek śpiewanych przez brata – Straighten Up And Fly Right, Sweet Morraine, Mona Lisa, Nature Boy, L-O-V-E oraz Unforgettable. Trzy z nich to oryginalne kompozycje Nat King Cole’a, pozostałe to standardy jazzowe z różnych lat.

Wieloletni sideman Freddy’ego Cole’a – gitarzysta Randy Napoleon – wspominał, że instrumentaliści z zespołu nie dostawali setlisty przed koncertem. Mało tego, wokalista nawet nie mówił im tytułu piosenki, najpierw zaczynał ją grać. I trzeba było naprawdę uważnie słuchać i niezwykle szybko reagować. Freddy ufał swoim muzykom, zakładając, że rozpoznają kompozycję i stworzą własną partię wokół tego, co sam gra. Nie byłoby to może takim wyzwaniem, gdyby nie fakt, że miał w repertuarze kilkaset utworów. Randy Napoleon tak to widział:

Nauczyłem się wielu z nich, studiując jego dorobek, ale nie da się nauczyć 50 lat muzyki i nie można dokładnie wiedzieć, jak ją wykona. Rzecz w tym, że Freddy myśli o piosence mniej jako o nutach, a bardziej jako o opowieści.

A skoro Freddy Cole zostawiał swoim muzykom lekko otwarte drzwi…

Piosenkę I’ll Always Leave The Door A Little Open znajdziecie na ostatniej studyjnej płycie Freddy’ego Cole’a zatytułowanej My Mood Is You (2018).

Wokalista swój ostatni koncert zagrał w Dizzy’s Club w Nowym Jork w lutym 2020 roku. I nie dlatego, że amerykańskie życie koncertowe zamarło z początkiem wiosny, ale najmłodszy z braci Cole zmarł 27 czerwca w wieku 88 lat wskutek powikłań sercowo-naczyniowych.

Ciepły i intymny wdzięk kunsztu Freddy’ego sprawia, że z większą radością przyjmujemy cud życia i tajemnicę miłości.

– tak twierdził jeden z twórców smooth jazzu – saksofonista Grover Washington Jr. A na zakończenie jeszcze kilka słów od legendarnego Jona Hendricksa:

Freddy Cole to prawdziwy„ Książę Piosenki”, podtrzymujący szlachetną tradycję tak, jak tylko on to potrafi.

A nam pozostały już tylko płyty i wspomnienia…

Do usłyszenia!

Marek J. Śmietański

Bibliografia:
[1] Lawrence Cosentino, Guitarist Randy Napoleon remembers the great Freddy Cole – wywiad z Randy Napoleonem dla City Puls, opublikowany online 29.06.2020 – https://www.lansingcitypulse.com/stories/guitarist-randy-napoleon-remembers-the-great-freddy-cole,14645
[2] Oficjalna strona Freddy’ego Cole’a, online – http://suzireynolds.com/freddycolemusic/

Artykuł stanowi tekstowy zapis audycji, emitowanej w brytyjsko-polskim radio internetowym HTM eco Radio w ramach cyklu “Pill of Jazz”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

error: Treść jest chroniona!!!