Dezerter (2021) – Kłamstwo to nowa prawda

Pamiętam rok 1988, kiedy jako młody metalowiec, zakochany w muzyce takich zespołów jak Iron Maiden, Metallica czy Slayer, spędzając czas na wakacjach u kuzyna, włączyłem kasetę Dezertera Kolaboracja (wersja wypikana przez cenzurę, z inną okładką niż znamy dzisiaj). Szok jaki doznałem tego dnia sprawił, że życie nie było już takie jak zwykle. Odkryłem, że punk rock nie musi być schematyczny, oparty na trzech akordach, zaś teksty jak nigdy były tak mi bliskie. Chwilę później zakupiłem winyl Kolaboracja II i tak już mi zostało. Każda nowa płyta to wydarzenie, na które czekam niecierpliwe, bo Dezerter to zespół, który mimo wzlotów i upadków, nie nagrał złej płyty. Natomiast Kłamstwo to nowa prawda, jest płytą, która przejdzie do historii zespołu jako jedna z lepszych!

Krzycz, może ktoś posłucha,

Krzycz, krzyk też jest bronią

Kiedy przemawiają kłamstwa

Krzycz – milczenie jest  zbrodnią!

Woody Allen powiedział kiedyś: Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o twoich planach na przyszłość. Dezerter nie planował nagrania płyty. Zadowolony z nagrania EP Nienawiść 100% raczej planował nowe koncerty, niż pracę w studio. Pandemia zmieniła jednak perspektywę. Brak możliwości koncertowania,  co za tym idzie duża ilość wolnego czasu sprawiły, że powstawać zaczęły nowe kompozycje, a z czasem zrobiła się z tego płyta. Płyta na której zespół wykrzykuje swój gniew i sprzeciw wobec otaczającego świata. Krzysztof Grabowski jak zwykle trafnie zdiagnozował rzeczywistość, wskazując główne bolączki współczesnego świata. Świata zdominowanego przez media, które przestały być źródłem niezależnej informacji, a stały się źródłem tworzenia wyznawców danej teorii. Teorii „promowanej” przez uzurpatorów jedynie słusznej opcji, dzielących społeczeństwo na lepszych i gorszych. Społeczeństwo, które w zalewie kłamstw przestało szukać prawdy, okopując się w jedynie słusznej racji – swojej racji – oczekującego jedynie ukarania winnych, których oczywiście wskaże wódz.  Jak dodamy do tego pedofilię wśród tych, którzy grzmią o moralności, postępującą degradację środowiska, intelektualną zapaść (której synonimem są płaskoziemcy) oraz podnoszącą się brunatną zarazą, przyobleczoną w narodowe barwy, mamy obraz, który bynajmniej nie napawa optymizmem. Smutnym jednak jest fakt, że powyższe choroby toczyć zaczynają też inne narody.

Każdy inny,

Wszyscy równi

Przede wszystkim

Jesteśmy ludźmi

Równe prawa

Dla każdego

Jeden za wszystkich

Wszyscy za jednego

Jak źle jest ze społeczeństwem niech świadczy zamieszanie, jakie wywołały powyższe słowa (wyrwany z kontekstu refren utworu Wszelkie lęki świata) i padające pod adresem zespołu oskarżenia o “lewactwo” oraz wspieranie środowisk LGBT. Pokazuje to ewidentny brak zrozumienia twórczości Dezertera, który zawsze opowiadał się za wolnością jednostki. Ograniczanie zaś wolności jednostki w wyniku działań aparatu władzy, odbierającego powoli, kawałek po kawałku prawa i swobody obywatelskie, stosującego przy tym elementy represji, prowadzi do powstania państwa totalitarnego (skojarzenie z PRL jak najbardziej pożądane). Dziś nie słucha się jednak w skupieniu całości tekstu, nie czyta się go ze zrozumieniem.

Muzycznie, Dezerter nawiązał do dawnych czasów, gdy kompozycje nie były przesadnie długie, opierały się na mocnych riffach, dając jednak słuchaczowi, co jakiś czas, chwilę oddechu. Cała płyta ma zaledwie 27 minut, na które składa się 9 kompozycji. Jak widać, to dość intensywny materiał, zawierający  – można powiedzieć –  klasyczne utwory, oparte na szybkich i mocnych akordach z plecionymi, melodyjnymi elementami. Nie ma w tym monotonii. Zespół dba o rozkład akcentów i np.: po trzech pierwszych, szybkich kompozycjach, zwalnia utworem Zegar zagłady, by później zwiększać tempo utworem Odwet, z klasycznym rock’n’rollowym wstępem. Jeśli już mowa o Zegarze zagłady, trzeba zwrócić uwagę na fakt, iż jest to dość nietypowy utwór jak na Dezertera, który pierwotnie miał znaleźć się na EP Nienawiść 100%. Nie pasował tam, więc odnalazł się na najnowszej płycie. I dobrze, bo to świetna kompozycja o przemijaniu, która jest jedną z najspokojniejszych i najbardziej melodyjnych.

Na koniec warto dodać, że za produkcję Kłamstwa … odpowiedzialny był Kuba Galiński, który po raz pierwszy zderzył się z takim rodzajem muzyki. Brak doświadczenia z mocnym gitarowym graniem, jak pokazuje efekt końcowy, nie stanowił przeszkody aby zarejestrować album, który po masterze dokonanym przez Jansona Livermore’a w studiu BlastingRoom brzmi naprawdę soczyście.

Dezerter po raz kolejny uraczył nas świetną płytą. Może sam fakt, że album nie był planowany i powstał jakby z przypadku, sprawił, że ma w sobie moc i świeżość, nie jest przekombinowany i słuchanie jego daje sporo radości. Jeśli więc zastanawiacie się nad zakupem płyty, to nie zwlekajcie. Pierwszy nakład został wyprzedany i konieczny był dodruk. Od 15 lutego dostępny jest też winyl, za wysmażenie którego odpowiada Pasażer. Dlatego, jeśli jesteście miłośnikami tej formy słuchania muzyki, to spieszcie się, bo nakład z winylami także powoli się wyczerpuje. Ja w każdym razie raczę się swoim „naleśnikiem”, wstając z fotela co 15 minut, by przerzucić go na drugą stronę (co w dobie braku ruchu i zamkniętych siłowni, też ma swoją zaletę 😉 ).

Radosław Szatkowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

error: Treść jest chroniona!!!